Blog > Komentarze do wpisu
DRZEWIENNE ŁÓDEŃKI

to że lubię psychodeliczne jazdy w muzyce wiadomym jest nie od dziś. granie u nas jeszcze ciągle mało popularne, choć pojawiają się jaskółcy wiosnę czyniący. no i oczywiście jest apteka.

skoro sporadycznie tylko można poobcować u nas z takimi dźwiękami na żywo, tym radośniej, bardziej ochoczo i z większym przytupem wybrałem się na wooden shjips do powiększenia. klub ten w tym roku zaproponował kilka dobrych koncertów, mam nadzieję, że wejdzie mu to w krew.

bilety tanie, jak barszcz. cztery dychy w przedsprzedaży to jest jakiś śmiech. ignoranci biegną z wywieszonym jęzorem na comę czy inny happysad i płacą podobne kwoty za gwałt na uszach miękką pytką. bez sensu. ale - jeden lubi czekoladę, drugi - jak mu marsza grają.

przed gwiazdą wieczoru był support z innej parafii. setting the woods on fire słyszałem pijąc piwo na wyższej kondygnacji i w zupełności mi wystarczyło. to tak, jakby przed gosią andrzejewicz wystąpił łeb prosiaka. fajnie byłoby zobaczyć którąś z polskich kapel grających w psychodelicznych odcieniach. może następną razą.

panowie wyszli niemal punktualnie, chwilkę podłubali przy sprzęcie i zaczęli napierać. transowo od początku do końca. można było stracić poczucie czasu, bo zespół grał bardzo hipnotyzująco. wokale puszczone przez delay, a także śpiew ptaków między poszczególnymi utworami potęgowały atmosferę odrealnienia. do tego świdrujące uszy klawisze, banalnie proste, ale zabójczo konsekwentne granie sekcji rytmicznej i mocno sfuzzowana gitara. wszystko podane w idealnych proporcjach i doprawione szczyptą wspomnianego wokalu - skąpego, ale melodyjnego i zapadającego w pamięć.

ponad godzina grania, bisy, koncert przekrojowy - były kawałki z płyt długogrających i epek. do tego na górze możliwość zakupienia frykasów w postaci koszulek (dwa wzory, ale też krój męski i damski do wyboru!), płyt kompaktowych, winyli i plakatów. czego chcieć więcej??? frekwencji.

ja nie narzekam, bo za cztery dychy zobaczyłem jeden z ulubionych zespołów bez ścisku, potu i wybitych zębów. ale marne sto osób raczej nie motywuje do ponownego przyjazdu do pięknego kraju nad wisłą. zwłaszcza, jak się jest z san francisco. ok, wiadomo że są wakacje, studenciaki wyprztykały się z kasy na comę czy happysad i pojechały do domu, ale część winy za kiepskie obłożenie lokalu ponoszą organizatorzy. zero plakatów, zero szumu w sieci (wpisanie wydarzenia do last.fm to trochę mało), który przecież nic nie kosztuje.

no nic. zobaczyłem świetny koncert, kupiłem koszulkę, zdarłem ze ściany plakat, który podpisany przez panów z kapeli wisi teraz na ścianie w pokoju i jestem mocno zadowolony. a wy możecie sobie pooglądać (a bardziej posłuchać) w internecie, co was ominęło, gdyż występ zarejestrowano w całości. i ma wam być głupio.
piątek, 02 lipca 2010, krwawy.trzmiel
Udostępnij

Polecane wpisy

Udostępnij