Blog > Komentarze do wpisu
TYMCZASEM! W RODZINNYCH STRONACH...

dokąd jedzie się pociągiem ładnych kilka godzin. patrzy się przez brudne okno, jak cywilizacja karleje im głębiej na wschód. i fajnie jest. nie wiadomo od kiedy ciągnie nas spalinówka zamiast elektrycznego potwora. może nie chciałbym, żeby ta z kolei zmieniła się w lokomotywę parową, ale jakiś urok dawnych lat powraca.

gdyby nie baba naprzeciwko, co w koszu na zakupy trzyma psa podobnego wyliniałemu szczurowi (nóżka wątła, oko wypukłe i tremor ciało spowijający). mimo gorąca kobieta w pierwszej kolejności zatrzaskuje z furią okno, potem stawia mi na stopach reklamówkę, a na końcu pyta, czy mi nie przeszkadza.

jebać reklamówkę, pies psa trącał i fetor jego, ale zamknięte okno przeszkadza mi bardzo.
- ale ja mam coś z uchem.
- ale jest gorąco - ja się tu nie bawię w uprzejmości, moja mina mówi wprost, że nie ma kompromisów w obronie chłodnego wiaterku.
zastanawia mnie, dlaczego przeciwnicy otwierania okien w środkach masowej zagłady wymyślają te idiotyczne argumenty. raz jedna baba w obronie autobusowego smrodu powiedziała, że wolałaby, żeby okno zostało zamknięte, bo ona ma coś z głową. naprawdę, niepotrzebny był ten coming out. dla mnie każdy, kto lubi kisić się w czterdziestostopniowym smrodzie ma coś z głową.

poza tym wysocy nie mają łatwo, wiecie? niskie siedzenia, niskie sklepienia, sufity, okapy, małe przestrzenie na nogi i krótkie łóżka. do tego banda niskopiennych debili przez całe życie próbująca wmawiać mi, że uważam się za lepszego tylko dlatego, że sam dosięgam do włącznika światła. nie chcę być brutalny, ale matka z dzieckiem do lat czterech ma własny przedział w każdym pociągu, weterani wojenni nie czekają w kolejkach a emeryci mają zniżki na przejazdy. i tak powinno być. ale dlaczego z powodu genów muszę marzyć o odkręcanych nogach i głowie za każdym razem, gdy podróżuję busem, pociągiem lub samolotem (zwłaszcza samolotem!)??? przeprowadzam się do holandii, tam jest mnóstwo dryblasów od pokoleń i pewnie wywalczyli sobie przywileje.

rodzinne miasto przywitało mnie, jak zwykle, ciszą i spokojem. ulicami samochody jeżdżą rzadko, a jeśli już, to łatwo uchwycić poloneza, malucha i dużego fiata w jednej klatce, bez fotomontażu. komarom zależy bardziej niż ludziom. jest leniwie, powoli i sielsko. pod sklepem siedzą trzy pokolenia meneli, w trzech sektorach. ci starsi śmieją się tylko, ukazując bezzębne szczęki, podczas gdy w młodych złość na świat buzuje jeszcze.

idę do sklepu po chleb i widzę, jak jeden krzyczy na wybrankę swego serca, nie szczędząc jej szorstkich słów krytyki. w końcu słychać tylko przekleństwa i brzdęk rozbijającej się butelki, którą młodzian piękny rzuca w stronę swej lubej. starzy menele cieszą bezzębne paszcze, nie pamiętając już, że od nich kobiety odeszły lata temu, prawdopodobnie w podobnych okolicznościach, a już na pewno w tym samym miejscu. ławeczki wysiedziane, murki obszczane. w małym miasteczku zmiany nie przyjmują się łatwo.

wyglądam przez okno i dociera do mnie z całą mocą, że czas mija, godzi mnie w samo serce ten utwór. co z tego, że odmłodzony - wykonują go teraz kolesie, których ówcześni panowie z pink floyd mieliby za dziadków. zawsze uwielbiałem ten kawałek. teraz go dodatkowo nienawidzę.
poniedziałek, 23 sierpnia 2010, krwawy.trzmiel
Udostępnij

Polecane wpisy

Udostępnij