Blog > Komentarze do wpisu
ŁORSOŁ BAJ NAJT

był późny piątkowy wieczór. siedzieliśmy w autobusie nocnym i czekaliśmy na odjazd. dłużyło nam się, tym bardziej, że na ostatnich siedzeniach siedziało trzech dżentelmenów ubranych nieadekwatnie do warunków klimatycznych, brudnych, pijanych i bełkoczących. siedzieli i śmierdzieli. fakt, że staram się to opisać nie oznacza, że jest to w ogóle możliwe. to był mordor przy którym czeźnie krew i spływają łzy gęste, jak olej.

oglądałem kiedyś film z englertem, co to główny bohater musiał się ukrywać, bo miał dowody w jakiejś grubej sprawie. "szczur" to się chyba zwało. englert zaprzyjaźnia się z bezdomnymi spod centralnego. nie bardzo to do mnie przemawiało, że tam takie barwne postaci, prawdziwi herosi pod tym centralnym żyją i mają się w miarę dobrze. aż tu...

nagle słychać tumult, w ostatnich drzwiach autobusowych staje karzeł w okularach i zaczyna krzyczeć do trzech dżentelmenów. jeden z dżentelmenów kopie karła w głowę i karzeł ucieka. zaraz potem wraca w towarzystwie dużo nie wyższego, krótkoostrzyżonego młodego mężczyzny. na ten widok z trzech dżentelmenów uchodzi powietrze, milkną i spuszczają głowy. podczas gdy młody krótkoostrzyżony mężczyzna wykłada trzem dżentelmenom zawiłości hierarchiczne, karzeł poczyna ich obrażać, a nawet policzkować. tym razem żaden z dżentelmenów nie oddał, każdy pokornie nadstawiał drugi policzek. na ostateczne dobicie karzeł zwrócił się do któregoś w szczególności i krzyknął: "a ty się umyj, bo, kurwa, śmierdzisz!".

do odjazdu autobusu karzeł i jeszcze inny jegomość stali w drzwiach autobusu i pilnowali, by trzej dżentelmeni opuścili królestwo dworca centralnego. tak też się stało. drzwi się zamknęły, zaczęliśmy jechać i cierpieć. pojawiła się mała szansa, żeby ich zmylić, gdy pytali, czy "to jedzie na rzeczną?". zaczęliśmy zmyślać o mitycznym autobusie równie mitycznej linii 42, który bez zatrzymywania się i biletowej kontroli zawiezie ich prosto na rzeczną, ale byli na to zbyt szczwani. gdy autobus cały wypełnił się trzema dżentelmenami, poddaliśmy się.

okazało się, że otrzeźwieliśmy na tyle, by wypić jeszcze po browarze w "oparach absurdu". weszliśmy do zadymionego wnętrza i pomyśleliśmy jednocześnie: "alpy, tu się oddycha!".

czekając na kolejny nocny zaprzyjaźniłem się z praskim wojownikiem starej daty. gadaliśmy i paliliśmy fajki. potem zaczęliśmy śpiewać szczepanika i zrobiło się w naszym nowym autobusie bardzo wesoło. nie to, żeby ktoś się do nas przyłączył, ale gdy widać, że robiący hałas w autobusie są nieszkodliwi i przyjaźnie usposobieni, to nikomu nie robi się przykro.

w tym samym czasie, trzej dżentelmeni na ogródkach działkowych zapewne próbowali przetrwać noc za pomocą reklamówki z tanim piwem.
środa, 22 września 2010, krwawy.trzmiel
Udostępnij

Polecane wpisy

Udostępnij