Blog > Komentarze do wpisu
POCIĄGA MNIE FIZYCZNOŚĆ

praca fizyczna, prócz oczywistych minusów, ma też swoje plusy. jeśli płaca jest godziwa, jeśli psychiczni nie wkurwiają za mocno, i jeśli robi się jako fizyczny w kulturze, to można od czasu do czasu zauważyć dziwnie piękne strony sytuacji, w której przyszło nam tkwić.

można powiedzieć różnym takim wprost, co sądzimy o ich sztuce lub "sztuce". nikt się na nas za to nie obrazi, nikt nas nie poda do sądu, nawet jeśli padną słowa: "chujowy", "cienki", "bez sensu", "do dupy". trzeba bowiem wiedzieć, że, nawet jeśli jesteśmy magistrem historii sztuki, czy absolwentem akademii sztuk pięknych, to dla artysty, z którym właśnie rozmawiamy, jesteśmy jedynie pracownikiem fizycznym wynajętym na godziny. a co taki prostak może wiedzieć?

łączy się pierwszy plus, z plusem drugim, czyli byciem całkowicie incognito. chodzę w wytartej bluzie i dziurawych dżinsach pośród japiszonów w pełnej płycie i damess w sukniach wieczorowych. satysfakcja pojawia się w momentach nieuniknionej w pewnych sytuacjach interakcji. wszyscy wypindrzeni bohaterowie wieczoru zwracają się do mnie nie mając pewności, czy jestem w stanie w ogóle wziąć udział w ich wysublimowanym procesie komunikacji, zwanym rozmową. najzabawniej jest, gdy artysta jest obcokrajowcem. pani wyznaczona do kontaktów z twórcą poci się ze swoim angielskim z "english is fun" i wtedy na scenę wkraczam ja, w białych szatach, przepasany kablem mikrofonowym, w prawicy z przetykaczką do kibla, w lewicy z kluczem nastawnym i pytam artystę: "i see you're using an ibook. did you bring an adaptor so we'll be able to establish connection between your computer and the projector?" specjalnie używając jak najwięcej niepotrzebnych, acz pięknie brzmiących słów, by spotęgować ten nie mieszczący się w głowie dysonans. pani od kontaktów mdleje i obala się na deski sceny. pan artysta z przyjemnością zamienia kilka słów, nie widząc niczego zdrożnego w tym, że między przetkaniem kibla a przykręceniem śruby przyszedłem pogadać z nim o niekompatybilności między komputerami. to znak, że za granicą nie ma takiej radochy z bycia fizycznym.

jest jeszcze plus, ale i brzemię niepotrzebnej nikomu wiedzy na pewne tematy. bo niby po co mi wiedzieć, że warte grube tysiące prace pewnego topowego artysty musiały (w czasie trwania wystawy) stać przez tydzień w kiblu, gdyż sala wystawowa była w tym czasie wynajmowana na imprezy integracyjne kilku korporacji? albo, że muzyk jakiegoś zespołu, żeby znieść fakt grania dla pracowników firmy produkującej szampon, musiał wypić zero siedem wódki? i nie był to zespół metalowy ani disco polo, tylko polska mega gwiazda "alternatywnego rocka". po nic mi taka wiedza, więc mogę tylko sobie stać i się temu dziwić. częściej brutalnie to obśmiewam, a obśmiewać lubię, stąd plus.

jako że należę w pracy do kasty niedotykalnych, mam święty spokój. zdarzają się dni, gdy moim głównym zajęciem jest leżenie na tapczanie w kanciapie i oglądanie telewizji. lecz nikt, w obawie przed trądem, zarazą i epidemią, nie przyjdzie do tego obmierzłego miejsca, by mnie przynajmniej zbesztać. częściej jednak przerzucam gnój ciężki jak z żelaza, dzięki czemu mam sylwetkę apollina, siłę wołu, szybkość kota i zwinność małpy.

a po kolejnym dwudziestogodzinnym dniu pracy, zjebany, jak koń szmaciarza palę papierosa na mrozie i narzekam na "całe to gówno", mając jednak złudzenie uczestniczenia w dziwnego rodzaju przygodzie życia.
poniedziałek, 18 października 2010, krwawy.trzmiel
Udostępnij

Polecane wpisy

Udostępnij