Blog > Komentarze do wpisu
WSZYSTKIEŚCIE ARTYSTY SĄ CHROMOLONE. PRZEZE MNIE.

wielu rodzajami artystów gardzę. dobrymi muzykami - bo często są chujowymi ludźmi. na szczęście chodzi mi tylko o ich twórczosć - przyjaźnić mogę się z tymi gorszymi w rzemiośle. śmieszą mnie nawiedzeni pisarze/poeci, wypełnieni lekkim gazem aktorzy, oraz aktorzy całkiem puści w środku. ostatnio do grupy dołączyli fotograficy małego formatu. ale się niefortunnie napisało, co nie?

siedzę na dupie w określonym miejscu tylko po to, by patrzeć, jak artyści-fotograficy będą wieszać swoje cudne dzieła. spać mi się chce, bo jestem na nogach od szóstej, po niespełna czterogodzinnym śnie (taka praca, nic nie mówię przecież...). najpierw miałem trzy rundy z paniami, które próbowały wtykać kabel vga do góry nogami, bo "jaka to różnica???", a potem dziwiły się, że "to się nie chce wyświetlać". lepszy od tego jest tylko klasyk ze szkolenia komputerowego dla sekretarek analogowych:
- proszę pana, bo mi się nie wyświetla...
- a w co pani weszła?
- w enter!

a potem przyszli panowie artystowie. sztuk cztery. dość młodzi, fizycznie całkowicie sprawni. pomyślałem, że pewnie będą na dwóch salach wieszać tysiąc pięćset obrazków. a tu się okazuje, że nie, bo tylko na jednej sali i tylko pięćdziesiąt. zaraz, zaraz. to po kiego wała was tu tylu panowie? po czterech godzinach mordęgi z tymi mułami wyjaśniło się dlaczego. otóż jeden pan artysta-fotografik-małoformatowy przez te cztery godziny zajmował się wieszaniem swoich sześciu epokowych arcydzieł. każde z nich miało jakieś osiem na cztery centymetry i, by cokolwiek na nich dostrzec, musiałbym podejść na odległość własnego nosa. tak blisko ze sztuką nie jestem. zwłaszcza taką odmiany szaro-buro-brązowej. koleś stawał pod różnymi kątami, w różnych odległościach, cmokał z dezaprobatą dla własnej niemożności znalezienia złotego środka. muskał te ramki, pieścił je niemal, stękał z nadludzkiego wysiłku, pocił się i łkał cichutko, gdy jeden z drugim obrazki nie chciały prosto wisieć. dorosły chłop, a tak się z tym cackał, jakby spodziewał się sprzedać choć pół jednego zdjęcia za tryliard kosmodolców. prawda jest taka, że w ciągu trwania wystawy będziemy te jego mikre foteczki dwadzieścia razy zdejmować i wieszać z powrotem i to wcale nie koniecznie na miejsce. krótko mówiąc bezsensowna robota. tym bardziej męczyłem się, patrząc na tego pajaca.

drugi pan z kolei był od "kwestii kompozycyjnych", że tak to ujmę. są na świecie wariaty, co to potrafią smak wina opisać takimi słowami, że w pale się nie mieści, a nasz pan artysta tak właśnie opisywał wystawę. gdy przy wejściu powiesił zdjęcie w tonacji jasno-szaroburej oświadczył, że dzięki temu cała wystawa się uspokaja, "czujecie to?". ja czułem narastające wkurwienie połączone z mrowieniem prawicy, która rwała się by szanownemu panu artyście przypierdolić w ryja. następnie pan zawiesił w miejsce jasno-szaroburego maziaja maziaj ciemno-szarobury i oznajmił wszem i wobec: "nie, nie, nie. to zdecydowanie zbyt brutalny początek, zbyt dynamiczny i przytłaczający". zemdliło mnie i chciałem kręcić syreną wzywającą wszystkich na całym świecie do walki z fotografikami.

dwaj pozostali panowie ograniczyli się do wieszania prac. mimo, że na wstępie orzekli, że się "nie obcyndalają", to tempo mieli mocno żółwie. patrzyłem na to wszystko z dezaprobatą i liczyłem w pamięci ile pieniędzy przeszło mi koło nosa tylko dlatego, że pracuję wydajniej od tych patałachów.

gdy już ostatnia krew mnie zalała i wyrwałem sobie z głowy wszystkie włosy, artyści powiedzieli, że oto przyszedł koniec ich pracy wystawienniczej. rozejrzałem się dokoła. wzruszyłem ramionami. nic nie było prosto, nic nie było na tej samej wysokości, zewsząd sterczały luźne linki. naraz stwierdziłem w duchu przerażony, że też jestem artystą. artystą od wieszania prac.
piątek, 08 kwietnia 2011, krwawy.trzmiel
Udostępnij

Polecane wpisy

Udostępnij