Kategorie: Wszystkie | CALA RESZTA
RSS
niedziela, 21 września 2014
ZMIANY, ZMIANY, ZMIANY!

zazwyczaj to jest odwrotnie niż u mnie chyba. bo jak się nic nie dzieje, to się tego nie opisuje, za to jak się dzieje, to się ma o czym opowiadać, co nie? a tu właśnie nie.
o ile obserwowanie ludzkiej tłuszczy podczas imprezy firmowej obrzydło mi serdecznie (co nie znaczy, że przestałem się tym zajmować, nie-nie-nie) to stosunkowo łatwo się o tym rozpisywać. bo piętnować łatwo, nie ukrywam.
gdyby kogoś interesowało, to wrzesień jest dla mnie dość przełomowym miesiącem. bo tak, na początku długo planowany remont. remont jest przeżyciem z rodzaju granicznych, zwłaszcza jeśli remontuje się z życiową partnerką. kredyt hipoteczny trzyma mocno, ale remoncik tę więź potrafi przerwać, mark maj kurde łerds. to w ogóle powinien być obowiązek przed założeniem rodziny. chcesz się oświadczać? powolutku. najpierw kombo castorama/leroy merlin/ikea i odświeżanie łazienki, a potem możesz jechać do apartu. jeśli nadal będziesz chciał.
remont remontowi nierówny. gdy partnerka jest w końcowej fazie ciąży należy zdwoić czujność. bo powiedzcie sami, kto wie, czy to wasza żona wybrała abażur w kształcie bakterii e. coli, czy może jednak jej hormony?!? i nie ma tu mądrych, stąpacie po gruntach grząskich i nieodkrytych.
opowieści o panach kładących panele i montujących kuchnię pomijam. ważne, że nikt nie uciekł na kanary z zaliczką, nic nie cieknie w ciemnym, zabudowanym szafkami, rogu kuchni, wszystkie sprzęty działają (choć przez dobrą chwilę wisiało nade mną potępieńczo widmo cięcia blatu, by dostać się do szuflady w pralce) a wszystko poszło w miarę sprawnie.
wyluzowaliśmy się totalnie, bo udało się uwinąć na miesiąc przed terminem i właśnie wtedy (trzy tygodnie przed terminem) ola obudziła mnie o piątej rano słowami: "chyba wody mi odeszły". haha, wszystko spoko, ale ja mam na ósmą budzik nastawiony, bo idę do roboty, więc nie ze mną te numery. średnio śmieszne zresztą, bo przecież późno się położyliśmy. no i się okazuje, że jednak faktycznie odeszły.
dwanaście godzin później (w tym kilka wypełnionych skurczami, które cementują związki bardziej niż wspomniany kredyt) _ta rączka_ przecina pępowinę łączącą mojego syna z moją żoną i, ja wiem, że to wszystko brzmi banalnie, ale święta matko jozafata... jest to przeżycie większe niż remont wszystkich komnat pałacu kultury na raz.  i jego starszych braci rozsianych po dawnych demoludach. człowiek wychodzi z człowieka, syrkiel ov lajf, ja cię kręcę!
chłopię, choć z zaskoku, wyskoczyło z matczynego łona sprawnie, całe, zdrowe i różowiutkie. i jak to jest możliwe, ja się zapytuję, że ludzkie flaki to ohyda a dziecko takie pachnie najładniej na świecie? niebywałe cuda natury.
i choć kolejny raz w życiu kołacze się w głowie natarczywe "icoterazcoterazcoterazcoteraz" to wydaje się z wolna przechodzić w stateczne "spokojniejakośtobędzie".
22:59, krwawy.trzmiel
Link Komentarze (12) »
czwartek, 19 czerwca 2014
REINKARNACJE

najpierw była sytuacja z kablami. podczas pracy przy jakiejś tam imprezie zaginęły w akcji kable. kable są ważne, bo bez nich nie ma prądu tam, gdzie być winien. szybko namierzono osoby odpowiedzialne z zewnętrznej firmy. skontaktowałem się z jej szefem, który z początku próbował lawirować, potem, przyciśnięty nieco do muru, podjął jakieś tam działania, tak czy inaczej, ostatecznie kable odzyskano. pamiętam, że koleś wyglądał jak taki zły maciek cieślak ze ścianki. jak w supermanie trójce jest ten drugi superman. niby taki cieślak, ale trochę pokrzywiony.
jakiś czas potem w tramwaju obserwowałem dwóch jegomościów, wyglądali jak dzieci z dworca zoo, kiedyś byłem na takim żałosnym spektaklu teatralnym w miejskim domu kultury. jakieś straszne heroinowe opowieści, którymi raczono nieświadome dzieci z podstawówki. nie bardzo wiem po co, może by trochę je podszkolić do czego służą te igły, strzykawki, makowiny, czy co tam jeszcze. tak czy inaczej stali we dwóch, chudzi jak nauczycielska wypłata, oczy zamglone, twarze nieco pustawe. nawet jakiś strzęp rozmowy mnie dobiegł, jeden mówił do drugiego, że ktoś tam chce posłuchać nagrań z próby i będą coś kombinować. aha, panowie muzycy. od razu mi się wyświetliło, że to jacyś starzy pankowcy, co to nigdy z piwnicy nie wyszli, ale się nie podddają, bo pank's not det. trochę im przyklaskiwałem, trochę się brzydziłem.
a potem ni z tego ni z owego zobaczyłem na fejsie, że falarek się reaktywuje i że grają koncert. no to biorę żonę pod pachę i jedziemy, a jakże. falarka to ja cenię, to ja lubię, to ja rozumiem. odkąd kiedyś wojewódzki jakub w programie halo gramy puścił jakieś trzynaście sekund "freex" to się poznałem, taka spostrzegawczość. wchodzimy na salę, rozglądam się i widzę tego typa od kabli, z pierwszego akapitu. myślę sobie, sprzęt jakiś wypożycza, no tak, logiczne. ale tak jakoś familiarnie z tym brylewskim, no nic. ale potem koncert się zaczyna i wypadki toczą się lawinowo. co mnie tam banan z waltornią, kinsky na gitarze, co mnie jakiś łysy zakręt w marynarskiej bluzeczce, dmiący we flet, gdy okazuje się, że typo od kabli to arek na basie, a jeden z zombiaków z tramwaju to fala na garach, którzy po połączeniu tworzą kapitana falarka. drugi zombiak dmie w digeridoo i razem z falą wyglądają, jakby dopiero co grali te akcje z dzieci z dworca zoo. matko bosko kochano, znów reinkarnacje, mówiąc krótko. i w sumie to przecież nic dziwnego, wszystko się zdarzyć może. do tego brylewski też wyglądał, jakby mu ktoś kwasa do oranżady wrzucił.
sam koncert był też dziwny i pokrzywiony. nagłośnieniowiec, jak to zwykle bywa dał ciała. no dobra, nie jak zwykle, bo dał ciała wyjątkowo. odsłuch wokalisty przez pierwszą część koncertu nie robił odpowiednio, co wokalista sugerował dramatycznymi wymachami i wytrzeszczami, na które to sygnały realizator pozostawał ślepy, a odsłuch głuchy. gdy w końcu nadarzyła się okazja do nakazania kinsky'emu by nastroił gitarę, był też moment, by akustykowi wyłożyć w krótkich słowach, że odsłuch, tak jak pank, nie powinien być det. i to bardzo pomogło, ale tylko na wokal, bo fala spadał w otchłań swego świata, a gary żyły swoim życiem. jednakowoż gawiedź z pełnym entuzjazmem, bo kawałki można rozpoznać i tak naprawdę jakiś tam klimat to wszystko ma, mimo że nagłośnieniowiec, kutasiarz, stara się ze wszystkich sił wszystko podeptać i opluć. kawałki dobre, niezniszczalne, jak widać. starsi panowie już znacznie bardziej i po jakiejś godzinie zniszczeni byli na tyle, że nastąpił koniec przedstawienia. publika trochę skandowała, trochę klaskała, ale ogólnie kierowała się do wyjścia.
tak czy inaczej ucieszon byłem, że dane mi było posłuchać tych numerów kilku na żywo, mimo że panowie powinni się trochę cofnąć w kierunku sali prób.
23:55, krwawy.trzmiel
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 07 kwietnia 2014
CIĘŻKO JEST ŻYĆ LEKKO


pojszłem ci ja na konferencję, gdzie jednym z tematów było zarabianie miliona monet przez muzyka niezależnego. myślę sobie: pójdę, nasłucham się złotych rad i będę miał z górki w życiu. gości całkiem sporo, wstęp wolny, muzyczka gra, piwko się sprzedaje, jedzenie się wsuwa. pan prowadzący, nieco radiowo wycofany, usiłujący schować się za mikrofon, trochę mrucząc, trochę szepcząc przedstawił gości, zaproszonych do dyskusji. no i bum, co za druzgocący dobór, niech mnie kule biją po twarzy. oto mamy organizatora dużego festiwalu, menedżerkę brodki i członkinię zespołu tres be, teraz chyba bardziej solo. na widowni trochę mniej rozpoznawalni osobnicy. ok, bądźmy szczerzy, na widowni są osobnicy nie rozpoznawalni w ogóle, większość w wieku pacholęcym. wszyscy, podobnie jak ja, spragnieni prawdopodobnie mitycznej wiedzy, która pomoże im w zmaganiach z trudną materią muzycznej kariery. no tak, równie dobrze na scenie mógłby siedzieć zbyszek hołdys, albo mietek fogg.

pan od audioriver powiedział, że jedyną niezależną artystką na świecie jest madonna. na czapę od człowieka z widowni w postaci argumentu, że madonna, która nie pisze wykonywanych utworów, nie jest nawet artystką, a co dopiero niezależną, zaprezentował serię bon motów, taktyki odwracania kota ogonem i temu podobne. w sukurs poszła mu menedżerka brodki, która tłumaczyła nam, maluczkim, że zagranico to jest inaczy, bo tam nawet jak wynajęty muzyk zagra na trąbie coś z własnej bani w naszym utworze, to automatycznie staje się współtwórcą kawałka. wow, heavy knowledge. zapewne tak właśnie jest w przypadku madonny. ludzie w podpisach to koleś od trąby, typeska od trójkąta i sprzątaczka, która przypadkowo zagwizdała melodyjkę, mopując podłogę w studio.

tak więc od początku, zamiast skupić się na temacie, zaczęto definiować instytucję muzyka niezależnego. operacja skończyła się niepowodzeniem. prowadzący nie rozkręcił się nic a nic, nie potrafił skierować rozmowy na żadne tory, pan z audioriver opowiadał żarciki, anegdotki, prezentował obuwie i fryzurę. menedżerka brodki plątała się w zeznaniach, ale nie dziwię się, brodka jako artystka niezależna jest tezą dość karkołomną i trudną do obrony. na koniec pani od tres be, mówiąca, że występowanie w telewizji na sylwestrze z dwójką jest ok, jeśli "zachowuje się swój charakter". z kolei występowanie przebranym za butelkę ketchupu jest nie ok. no tak, każdy ma swoją granicę niezależności, seems legit.

potem garść rad. trzeba pisać muzykę do reklam, grać na iwętach dla firm, przybrać pseudonim i pisać muzykę mniej ambitną, ale dobrze płatną, wykupić sobie linki sponsorowane na fejsie i zatrudnić managera. behehehehehe. ok, jak następnym razem zadzwonią do mnie z dwójki z propozycją występu na sylwestrze, to się zgodzę. niech was chuj jasny z takimi radami. a tak naprawdę, to ten chuj niech prowadzącego. nie można było zaprosić kogoś z naprawdę niezależnej, małej wytwórni, która jest w stanie się utrzymać na powierzchni? nie można było na dokładkę wziąć muzyka w tejże wytwórni wydającego? nie można było sprowadzić rozmowy w kierunku sprzedawania muzyki w sieci? organizacji koncertów? handlu merchem? no pewnie nie, bo zaproszone osoby są dawno ponad babranie się w takim gnoju.

reasumując, spotkanie bardzo owocne - niczego się nie dowiedziałem.
00:43, krwawy.trzmiel
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 marca 2014
HAŁ MACZ FOR SKUBACZ?

zastanawiałem się ostatnio przez chwilę nad tym, dlaczego nigdy nie zamawiałem pizzy przez internet. nie to, że miałem mnóstwo ku temu okazji, czy coś, nie, ot tak, po prostu zagwozdka taka. no i jak z nieba okazja spłynęła na mnie niemal natychmiastowo. wchodzę na stronę, patrzę, a tam "zamów online", no to bach. myślę sobie, xxi wiek, nie ma co, robię przelew, podaję adres, dwa ruchy myszką, trzy kliknięcia i kasa poleciała nie bardzo wiadomo gdzie. czekam.

czekam.

czekam jeszcze.

czekam sobie spokojnie na pizzę. czekam i czekam. i kurwa nic. a minęła godzina, więc trochę sporo, zważywszy, że w tym czasie zdążyłbym dojść do tej pizzerii na czworaka, zamówić i zjeść. tak blisko to od domu mi się wydało nagle, że miałem niemal wyrzuty sumienia... niemal.

dzwonię, żeby się dowiedzieć o co chodzi. nie żeby zrobić awanturę, tylko wyłuskać informację. dzwonię jak człowiek:
- dobry wieczór, zamawiałem u was pizzę przez internet, ponad godzinę temu, chciałbym się zorientować co z moim zamówieniem.
- dobry wieczór, sprawdzę w komputerze...
- ...
- no, ja nic nie mam.
- aha.
- takżeeee...
- ale ja mam. potwierdzenie przelewu.
- aha. ale u mnie się nic nie wyświetla.
tak uroczo przebiega pierwsza część rozmowy, takie nasze zapoznawanie się z panem, który oczywiście nie jest niczemu winny, choć powoli zaczyna sobie grabić.
- ok, co pan proponuje w takim razie?
- nooo, nie wiem. my takiego zamówienia nie dostaliśmy. może pan przez skubacza zamówił? bo były takie sytuacje...
- przez co?
- skubacza.
- nie, zamawiałem na waszej stronie. może chce pan numer zamówienia, który dostałem w mailu zwrotnym?
- nie, bo my nie mamy pańskiego zamówienia...
- czyli co?
- no, może pan złożyć reklamację do skubacza.
- proszę pana, ja nie używałem żadnego skubacza. zrobiłem zamówienie na waszej stronie, dostałem potwierdzenie złożenia zamówienia i potwierdzenie przelewu, pieniądze opuściły moje konto, a ja siedzę głodny i gadam z panem od dziesięciu minut o jakimś skubaczu.
- bo były przypadki...
- może panu mailem wyślę potwierdzenie, które dostałem?
- no może pan wysłać...
- niech pan poda maila.
- jest na stronie przecież.
- jestem na waszej stronie, w zakładce "kontakt" i nie ma tam maila.
- a wszedł pan w "kontakt"?
- przecież mówię, że jestem w zakładce "kontakt" i jest tu tylko imię i nazwisko właściciela, telefon, który pan odebrał i nip.
- zaraz, jak to imię i nazwisko właściciela? bo ja też patrzę na naszą stronę i jest mail.
- niech pan mi poda maila.
moja cierpliwość wzięła głód pod pachę i spierdoliła w te pędy. już bym dusił tego flegmatyka po drugiej stronie, co to przez dwie minuty dyktuje mi adres mailowy. bo przecież trzeba jeszcze mieć skrzynkę na jakiejś posranej domenie, która przez telefon, głosem flegmatyka brzmi jak "flakhflakhfkalh". tracę zdrowie, tracę sens życia. w końcu wytłumaczyłem, że jako klient nie bardzo jestem zainteresowany kontaktowaniem się z firmą współpracującą z pizzerią i zajmującą się ich menu online. posłałem maila i czekam.

czekam znowu.

czekam. chuj, dzwonię.
- to znowu ja.
- tak, słucham.
- mail dotarł?
- tak.
- no i?!?
- za dziesięć minut do pana oddzwonimy, bo, nooo, szef właśnie dzwoni do skubacza...
ręce mi opadły. znowu ten skubacz. widzę, że flegmatyk ze swoim szefem do pomocy raczej nie będą w stanie sprostać wyzwaniu, więc biorę na siebie tę misję. już nie pamiętam, że chciałem po prostu zjeść pizzę, bo byłem głodny. wszystko to nieważne.

wchodzę raz jeszcze na stronę. w menu online. jak kutas stoi na środku, że zamówienie realizowane jest przez portal pyszne.pl. skubacza ani śladu. wchodzę na pyszne.pl, telefon na samej górze wielkimi bykami - wiedzą pewnie psie syny, że tylko tego na tej stronie wkurwieni klienci będą szukać. dzwonię. znowu pan się zgłasza, przez chwilę mam wrażenie, że to ten sam flegmatyk co siedzi w pizzeri, ale chyba nie. koleś odnajduje moje zamówienie i mówi:
- zamówienie nie zostało opłacone, więc nie przekazaliśmy go do realizacji.
- dostałem potwierdzenie z dotpay, a także pieniądze opuściły moje konto.
- najwidoczniej pański bank nie przelał środków.
- mój bank przelał środki, bo mam potwierdzenie z dotpay, z  którym chyba wy współpracujecie, tak?
- no tak, ale my tych środków nie dostaliśmy.
- i pewnie nie wie pan gdzie te środki teraz się znajdują? bo na pewno nie u mnie na koncie.
- no nie, wie pan, w różnych bankach...
- dobra, niech mi pan o bankach nie mówi, bo wydaje mi się, że potwierdzenie z dotpay jest wystarczającym dowodem...
- no właśnie mamy w regulaminie taki punkt, który mówi, że potwierdzenie z dotpay nie jest równoznaczne z przyjęciem zamówienia.
- ...
- ...
- ok, może pan anulować zamówienie i sprawić, by pieniądze wróciły do mnie?
- tak.
- niech pan to zrobi.
- już.
- dobranoc.

bo powoli zapadała noc. dzwonię jeszcze do pizzerii, żeby flegmatyk i szef sobie obwodów nie przepalili od nadmiernego wysiłku intelektualnego. mówię, że skubacz, to zły trop, bo współpracują z pyszne.pl. rozwiewa to wiele wątpliwości, lecz w tle słychać nerwowe sapanie szefa, takie jakieś przedzawałowe, rozłączam się.

policzyłem sobie strony zamieszane w takie zamawianie online. ja, pizzeria, pyszne.pl, mój bank, dotpay. nic dziwnego, że ktoś musiał spierdolić sprawę, a najprawdopodobniej spierdolone było równolegle w kilku miejscach w kraju i za granicą. to się nie mogło udać, w gwiazdach zapisany był mój głód nie zaspokojony. skończyło się na dominium i zamówieniu przez telefon. pizza taka sobie, ale jak przyjechała, to czułem się jak bóg.
11:58, krwawy.trzmiel
Link Komentarze (5) »
niedziela, 23 marca 2014
ELEGANCJA FRANCJA

teraz, jak chcę pojechać na zachód, to sobie wsiadam w 166 i wysiadam na rondzie waszyngtona. w przejściu podziemnym jeszcze jest dziki wschód, śmierdzi moczem, szczyną i uryną, żule dzierżąc królewszczaki puszkowe załatwiają swoje biznesy egzystencjalne wulgarnie i przemocą. ale, tak już w połowie zaczyna wiać perfuną ekskluzywną, chłopaki z blond grzywami suną miękko w espadrylach, w rejbanach i hilfigerach. wychodzimy sobie, idziemy dwadzieścia kroków do ulicy francuskiej i bum. tu w ogóle powinni stać niemcy przy szlabanie i sprawdzać papiren, auswajsen i paszporten. na jednej uliczce siedzi sobie cały tefałen, teatry, kina i reklamy. są szafiarki, są modystki, są blogerzy, jutuberzy, geje, cioty i pedały, na rowerach i na rolkach, na psach, konno oraz pieszo. kabriolety jeżdżą w kółko od skrzyżowania do skrzyżowania, jaguary, porszaki i ferrari, wszystkie suną wolno, bo nie ma się gdzie rozpędzić - tam na skrzyżowaniu trzeba już zawracać, bo tam jest krawędź tego raju kolorowego z waty cukrowej lepionego.

w ogóle wszystko jest piękne, ludzie są piękni, nawet jak są starzy to są uśmiechnięci, stać ich na wyjazdy zagraniczne, ale po co wyjeżdżać, skoro tu jest zagranica. można całymi dniami robić te rundki, zahaczać o falafel, bistro z pastą, winem i proseco, lodziarnie, cukiernie, nawet zapiekanki tu są lepsze i wszyscy to wiedzą, wszyscy stoją w kolejce i nikomu nie zabraknie. nie zabraknie zapiekanek i nie zabraknie pieniędzy.

gity i dresiarze, którym po drodze przejść francuską, przemykają jak uchodźcy, wzrok spuszczony, głos ściszony. podejrzewają, że nie są u siebie, że legia być może wcale nie pany, opadają z mocy jak ugodzeni nazgulowym mieczem, bledną i blakną w poszukiwaniu najkrótszej drogi ucieczki.

stoliki i ławki poobsiadane celebryctwem. o, pa, gąsiorowska, o ta z tefałenu a tu tamten z tą, co byli w tym. wszyscy patrzą po sobie badawczo, bo teraz to już nie wiadomo, wszystko się miesza, wszystko się zaciera. są też mordy zbotoksowane, bicepsy powypychane, usmarowane równo opalenizną, za ciemnymi okularami, ze złotymi łańcuchami, luiwitąnami. suną powoli, byś miał czas się dokładnie przyjrzeć, podpatrzeć najnowsze trendy z mediolanu, paryża i londynu, zanotować sobie, dobrze zapamiętać.

zwykłym śmiertelnikom po dwóch rundkach kończą się kredyty i ulica wydala ich bezceremonialnie w stronę szarzyzny i codziennej mordęgi. znów smród studzienek, psie gówna rozsmarowane po chodnikach, ogrzewanie w autobusie na full, unicestwienie w bezimiennym spoconym tłumie. gdy na francuskiej malowniczo zachodzi słońce, na nas bez ostrzeżenia spada ciemność i chłód nocy.
12:34, krwawy.trzmiel
Link Komentarze (1) »
czwartek, 23 stycznia 2014
WIELKI MI BIG DIL

to wcale nie tak, że się lenię, mam usprawiedliwienie, zwolnienie lekarskie mam. po prostu po tym, jak na sygnale odwieziono mnie do szpitala, postanowiłem nieco odpocząć. każdy postąpiłby tak samo będąc na moim miejscu. choćby po to, by uniknąć samounicestwienia.

ale skąd szpital, skąd na sygnale? fachowo nazywa się to chyba szokiem, skutki są długofalowe, kto wie czym to wszystko zaowocuje w przyszłości. bardzo możliwe, że przyszyję sobie wewnątrz płaszcza pętelkę na siekierę. nie wiadomo.

kiedy myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy, że wszystko widziałem, rzeczywistość postanowiła zagrać mi na nosie. dosłownie i w przenośni. bo ja rozumiem pana, który spacyfikowany etanolem pragnie oddać mocz na magazynowane w stosach krzesła konferencyjne. po ciemku, po wielkiemu cichu, w tajemnicy przed światem, w tajemnicy przed samym sobą. bo co mogło dotrwać do jakiegokolwiek jutra z tamtego dzisiaj, kiedy alkohol etylowy rujnował tętnice, wypierając niewygodnie wspomnienia? faceci są knurami, którzy nie są w stanie zaakceptować swojej tępoty, dlatego otępiają się jeszcze bardziej. każde spotkanie z alkoholem traktują, jak pierwsze i zarazem ostatnie w życiu. stąd moja wyrozumiałość. poza tym takiego faceta to można wyśmiać, zelżyć, opluć a nawet pobić i jakoś świat kręci się dalej, nikomu to nie przeszkadza.

z nietrzeźwymi kobietami jest zgoła inaczej. nieważne jak bardzo by się nie prosiły o kontrolny cios z dyńki, to przecież nikt normalny nie wprowadza tych fantazji w życie. narasta bezsilność, frustracja wylewa się z człowieka, jak kipiące mleko z rondla. wiadomo, że różne są baby, niektóre tylko nie trzymają pionu, inne lubią się zarzygać, jeszcze inne przez te krótkie chwile etanolowych uniesień postanawiają zawierzyć podszeptom ego, jakoby były najpiękniejsze i najmędrsze na świecie. postanawiają przeciąć męską materię niczym masło przecina ciepły nóż, a potem rozsmarować ją po sobie. efekt przeważnie jest iluzoryczny lub, w najlepszym wypadku, mizerny. ale to tak samo, jak u męskiej części społeczeństwa. w takich wypadkach nie potrzeba jakiegoś specjalistycznego przeszkolenia, by zareagować i przeżyć godnie resztę życia. pijana kobieta nie wzbudza uczuć pozytywnych i to nam bardzo przeszkadza. pijany typ nie przeszkadza, bo część wspólna zbioru mężczyzn i zbioru naszych zainteresowań jest zbiorem pustym. może to dlatego. a kobieta to wiadomo, może się kojarzyć z matką, żoną, córką, siostrą. a przecież nie będziesz z matki szydził, nie będziesz żony lżył, córki opluwał ni siostry bił.

jeśli więc wszystko powyższe jest zrozumiałe, oczywiste, proste i jasne niczym gwiazda centralna naszego układu planetarnego, to jak zareagować na sytuację, gdy jedna w windzie sika w ukucu, a druga nieprzytomna leży w toalecie, rozebrana od pasa w dół, wysmarowana własnymi ekskrementami?
12:44, krwawy.trzmiel
Link Komentarze (1) »
sobota, 07 grudnia 2013
DO ZARZYGANIA JEDEN SZOT

sezon na imprezy śledzikowe oficjalnie otwarty, pierwsze rzygi za płoty. jakoś nie przestaje mnie zadziwiać szmatławość ludzkiej natury po zmroku. jak w ciągu dwóch godzin zabawna i smutna gromadka aspołecznych biurew, semi-mężczyzn z działu it, pań księgowych co to złapały tajemniczy podmuch w prujący się żagiel życia, podstarzałych dyrektorów zapewnianych przez dupoliżące podnóżki o swej młodzieżowości, oraz korporacyjny plankton przekonany, że zaraz nadejdzie jego czas, zmienia się w odhumanizowaną breję, której głównym spoiwem jest rzygowina, moralne błoto i umysłowe gówno.

wszystko zaczyna się od niewinnego pytania: "przepraszam, czy pan jest didżejem?". dziewczyno, na rany chrystusa, czy ja ci wyglądam na kogoś, kto puszcza "last christmas" ku uciesze otępiałej od etanolu tłuszczy? przypuszczam, że wątpię. ale fakt, pytanie niewinne, zazwyczaj szybko może się zmienić w rozkaz bulgocący z ust alkozombie: "puśś krrwaaa, ona tańczszs dla miee". puścić to ja wam mogę iperyt na salę, niedomyta psia bando.

wszyscy przełożeni wyfrunęli przy pierwszej okazji, bo co będą się ocierać z tymi przegrańcami, to się przecież można pobrudzić. organizatorka lata na bosaka, brodzi w kałużach rozlanych drinków i piwa, ostentacyjnie poprawia obwisły nieco biust, być może żeby odwrócić uwagę od zdeformowanej imprezą twarzy. bez skutku. ich twarze są fascynujące. wyrażają pustkę i niezrozumienie, tak jakby starali się z całych sił kontrolować rzeczywistość, jednak ona dawno już wyślizgnęła im się z rąk i szaleje dookoła. i gniecie, i miażdży, i niszczy wszystko. nic już nie pasuje, wzrok tępy, odzież zbeszczeszczona. pojawiają się nowe ważkie pytania od zwariowanych krejzi imprezowiczek: "oooo może pan może załatwić skądś koksuuu? bo nikt z moich kolegów nie ma". pewnie, że mogę, oczywiście, proszę bardzo za mną, tu jest wejście do pieca, proszę tam wsadzić głowę a ja odpalam koks. przykro mi, ale żaden koks ci nie pomoże na to skarlałe padło, które chcesz nazywać osobowością.

siedzę na górze i czuję się jak w filmie o apokalipsie zombie. z dołu dobiega jeden ryk, przetykany wysokimi jękami, wszystko spogłosowane przez industrialne wnętrza. wyglądam przez okno i widzę ich, jak kręcą się bezwładnie po dziedzińcu, nie pamiętając czy wyszli żeby zapalić, czy wracać do domu. błądzą po korytarzach, nie wiedząc dokąd idą i po co, obijają się o ściany, zasypiają na kanapach, łączą się w osobliwe pary, w takie związki na jedną imprezę, które zakończyć może tylko paskudny niesmak i przemykanie pod ścianami biura.

"proszę pana, bo koleżanka się zatrzasnęła w toalecie". nie się zatrzasnęła, tylko leży w rzygowinach nieprzytomna na tyle, że nie wie gdzie się znajduje i jak stamtąd wyjść. nazywajmy rzeczy po imieniu, bo ja tu, niczym debil jakiś, lecę ze śrubokrętem i kombinerkami, a trzeba z noszami i szmatą. choć i tak nie ma się co oszukiwać, żadna szmata nie poradzi na utytłaną ścierwem duszę.

potem wybija trzecia, zapalamy światło i lekkie zdziwienie, bo karaluchy nie uciekają, tylko ledwo stoją i patrzą na mnie. "eee juuuuuż???", "jaak tooooo?", "aleee dlaczeegooooo?". i przysięgam na wszystko, gdyby ktoś dał mi kosę, to ruszyłbym z nią w dziki tan i utulił ich wszystkich do wiecznego snu.
11:55, krwawy.trzmiel
Link Komentarze (4) »
piątek, 13 września 2013
ŻYCIE CODZIENNE S33E01

nie chcę nic mówić, ale kolejny rok minął. oto sezon imprez firmowych uznaję oficjalnie za rozpoczęty. nazłaziło się specjalistów od rozwiązań it dla firm, naspraszali swoich klientów, by ich nakarmić i napoić, po pupci pocmokać.
stałem tak sobie i patrzyłem, potrzebowałem trzydziestu sekund, by wszystko wróciło.
pan wodzirej na scenie. hophop, czy mikrofon działa, puk, puk, puk. w tępy ryj się puknij. dlaczego oni zawsze walą ręką w ten mikrofon biedny? bo jak powiedzą coś i się okaże, że nie działa, to wyjdą na głupka? no niebywałe, bo teraz to ich prosto do mensy będą z tej sceny helikopterem zabierać niby? na wodzireja zawsze wybierają jakiegoś pajaca, któremu się wydaje, że to może jakiś przełomowy moment w jego karierze. a prawda jest taka, że wszyscy inni, którzy może i bardziej by się nadawali, wolą w tym czasie chlać już na spokojnie wódę. wodzirej morduje współpracowników sucharami, z których sam się potem śmieje. no przepraszam, śmieję się też ja, tyle że z niego.
następuje wręczenie upominków. i tu kolejny cios, takiego wypasu dawno nie widziałem. w torebce papierowej goście dostają pleksiglasowy przycisk do papieru, z wygrawerowanym logiem gospodarza imprezy. kurwa. mać. firma it rozdaje przyciski do papieru. chuj wi, może to były przyciski do e-papieru, nie wiem, nie znam się. goście z niemiec lekko zniesmaczeni. jedna pani, dobrze po pięćdziestce, w skórzanych spodniach i skórzanej obcisłej bluzce,  spodziewała się chyba bardziej obłego kształtu wręczonego jej gadżetu.
wodzirej, czujny jak ważka, pracuje nad poprawieniem atmosfery kilkoma nieprzetłumaczalnymi na niemiecki sucharami. czekam na żarty o hitlerze, niestety, nie doczekuję się.
część oficjalna się kończy, zaczyna grać zamówione jazzowe trio, szanowni goście zaczynają wchłaniać ciepłe dania i popijać je alkoholami.
rozglądam się po tym towarzystwie, szukam jakiejś iskry nadziei, światła w tym ciemnym jak odbyt tunelu. bezskutecznie. dochodzę do wniosku, że gdybym chodził do gimnazjum, to właśnie takich ludzi bym w nim upadlał psychicznie. do fizycznego upadlania nigdy nie miałem warunków.
nadchodzi punkt zwrotny wieczoru. panowie wypili po trzy lampki czerwonego i zaczyna ich nosić. "puści pan muzę z mojego ajfona?". kyrie eleyson. i już jest ich dwóch. jakiś najebany trzema lampkami wina uberszef komenderuje wodzirejowi (też po trzech): "krawczyka włącz. parostatek. masz? albo czaby czekersa. wiesz, pogibiemy się. tłist. czaby czekers. znalazłeś? no to puszczaj!". no i puścił. przybiega trzeci, taki już pod kątem trzydziestu stopni nad parkietem, gołowąs przed trzydziestką, chuderlawy, nieprzystosowany do terroryzowania swego ciała etanolem. przybiega i bełkocze w stronę wodzireja: "zbszek... zyyyyybszk. stołłł rozsniuuuemy, ptańczeeemyyy." łapkami niezgrabnie próbuje zbyszka wodzireja ująć za klapy, ale nie trafia, zbyszek odpływa z czabym czekersem gibać się. trzeci szurając głową o ścianę odjeżdża w siną dal.
gdy czaby czekers i wodzirej zaczynają tańczyć, połowa sali wychodzi do domu. zacieram ręce. mija pięć minut. czaby odczuwa nienazwany dyskomfort, zbyszek ulatnia się. śmierć. szanowni goście wychodzą, a wszystkie egzemplarze, które prześladowałbym w gimnazjum, przybijają sobie piątki rycząc pieśń zwycięstwa o tym, jak cudowna była to impreza.
stoję i myślę sobie, że tyle wina, co oni tu wszyscy, to ja z trzema kolegami za młodzieńczych lat...
00:14, krwawy.trzmiel
Link Komentarze (3) »
niedziela, 23 czerwca 2013
TA CO PRZYJECHAŁA W FIACIE

- przepraszam, gdzie jest przód? - pyta mnie kobiecina ze szklanką wody kranowej w ręku. pyta mnie o przód sali, w której się znajdujemy, która to sala jest siedzibą cyklicznych kawiarenek naukowych. dobra inicjatywa, gdy jest się ateistą w podeszłym wieku, jako alternatywa dla przesiadywania w kościółku. z wodą kranową w szklance stoi dlatego, iż imaginuje sobie że to woda mineralna. zaprawdę powiadam wam, zamawiajcie w restauracji tylko wodę w butelce, albo przynajmniej gazowaną. z drugiej strony to miłe, jak poprawiła się jakość wody kranowej wew stolycy. dawno, dawno temu, gdy był w polsce tylko jeden makdonald, czuło się wodę w szejku waniliowym, bo lód był z kranówy. herbata też miała charakterystyczny smak nie wynikający z właściwości herbacianych listków zrywanych za młodu.

pytanie kobieciny wbrew pozorom jest zasadne. przód sali znajduje się tam, gdzie aktualnie skierowane jest oko projektora, z którego na szarą ścianę rzuca się czarowne prezentacje państwa prelegentów. decyzja o kierunku sali nie wynika jeno z bezrefleksyjnego widzimisię i jest podyktowana obecnością lub brakiem na rzeczonej ścianie obrazu, będącego częścią aktualnej wystawy. sala bowiem nazywa się galeryjną nie bez powodu.

jerzy skolimowski kilkanaście lat temu postanowił wylać kilkadziesiąt kubłów farby na wielkoformatowe płótna bądź sklejkę drzewienną i oto dziś jest z tego powodu wystawa. przyznaję się bez bicia. nie kumam malarstwa abstrakcyjnego. wartość takiego obrazu szacuję głównie na podstawie czasu, który artysta musiał spędzić na akcie twórczym. nikt mi nie wmówi, że efekt unurzania prącia w farbie a następnie radosnego strzepywania jej na płótno wart jest jakichkolwiek pieniędzy. kiedy jednak widzę, że prącie w kuble z farbą lądować musiało trylion razy, strzepywaniu farby towarzyszyła jakaś głębsza refleksja, to mimo że nadal to do mnie nie przemawia - mogę docenić włożoną pracę. i powiedzmy, że tak się przedstawia mój stosunek do malarstwa skolimowskiego. coś tam bym może nawet do salonu wybrał, żeby się prażanie, zaglądający mi przez okno do zamczyska, zastanawiali czy to aby nie do góry nogami wisi.

ciekawe jest jednak to, że sam autor zdaje się mieć zdrowe podejście do swojej twórczości malarskiej. gdy objaśniał żonie premiera japonii swoją sztukę, podczas małego touru po galerii, robił to niemal żołnierskimi słowami: "tutaj malowałem czarną farbą, a potem zacząłem chlapać białą, tutaj pochlapałem trochę mocniej, a tutaj nie chlapałem. tak powstał ten obraz." reżyser malarz jest też kolejnym przykładem sprawdzającej się teorii, że jak ktoś wie, że jest dobry, to ma pokłady dystansu i wyjebania na nieistotne detale nieosiągalne dla popierdoleńców pretendujących do miana artysty. a może to dlatego, że koleś ma już swoje lata i to jest powód jego luźnego stosunku do rzeczywistości. pojęcia nie mam, ale dało się z typem pogadać a i słitaśną focię na fejsa pstryknąć.

a sam wernisaż, to jak zwykle. są aktorzy i modelki, to bohemy najazd wielki. krukówna pozująca do słodkiej fejsbukowej fotografii. tyle że z obrazem, a nie autorem. tę scene opisuje jedno słowo, niestety nie polskie: disturbing. chyra andrzej w szaliku. z twarzą zmarszczoną tak wielce, wyglądał, jakby tańczył alkohol tango od dwóch tygodni. albo dwóch dekad. źle się patrzy na aktorów z bliska. wszyscy są mniejsi niż się człowiekowi zdawało, że będą. zawsze też na takich spędach są ludzie, którzy uwielbiają z naszymi polskimi celebrytami przebywać w jednym pomieszczeniu. obserwują ich, okrążają, niczem elektrony jądra, jakkolwiek dziwnie to brzmi. wolą wdychać bąki puszczane przez celebrytów niż zachłystywać się anonimowym górskim powietrzem. mijają cię, patrzą wnikliwie i zastanawiają się, czy aby nie jesteś kimś sławnym o kogo warto by się otrzeć. czasem nawet się nie zastanawiają, tylko na zaś ocierają. bo kto może wiedzieć, jak to się wszystko dalej potoczy...

tumult trwa jakieś piętnaście minut, po których wszyscy ze zrzedłą miną zauważają, że elvis has left the building i nie ma po co tutaj sterczeć, skoro nawet wino już dawno wypito. tak szybko, jak się pojawili, zaczęli znikać, aż do kompletnej pustości chłodnych betonowych wnętrz. wyciekły z obrazów mrok pozalepiał żarówki i zaczął zmierzać schodami, ku światu zewnętrznemu.
15:15, krwawy.trzmiel
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 kwietnia 2013
NIENAWIDZĘ, NIENAWIDZĘ, NIENAWIDZĘ!

siedzę sobie na zwolenniczaku tępych kwok z avonu. podano przekąski, podano wina. przekąski zniknęły w paszczękach wygłodniałego ptactwa, więc ptactwo zebrało się zaraz do lotu. zostały jakieś niedobitki, słowem - impreza nie pykła, z sześćdziesięciu osób zostało na sali sześć osób. gra na dętych rozmaitych instrumentach fazi mielczarek w duecie z pianistą znamienitym. grają 'rosemary's lullaby' a tępe lochy ciachnięte kilkoma kielonami przekrzykują flety, fortepiany, komedę mi bezczeszczą swym bełkotem o pudrach, paplaniem o podkładach. pięć wieśniar i jeden wieśniak plują w twarz muzykom, którzy owszem, na granie do kotleta się pisali i pewnie kopertkę pozwalającą przełknąć sytuację przyjęli, ale... można przecież wpierdalać kotleta we względnej ciszy a piździochę rozedrzeć dopiero za pięć minut. żegnam, gdyż muszę czym prędzej zacząć ich prać po pysku.
20:46, krwawy.trzmiel
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 kwietnia 2013
MARCOWE REMINISCENCJE

jest piękny kwiecień, prawda, wiosna w pełni, więc można z czystym sumieniem powspominać.

był dzień kobiet. nie co rok zdarza mi się otrzymywać z tego powodu życzenia. cóż, czasy się zmieniają, standardy, w ogóle wszystko prze naprzód niczem gnany ostatnim skurczem, ku światłu i światu, płód. tak więc niespodzianka zupełna:

"Z okazji tego szczególnego dnia chciałbym złożyć najserdeczniejsze życzenia wszystkim panią  z którymi współpracuje .

Życzę wszystkiego co najlepsze dla was ,  niech każdy dzień będzie waszym dniem kobiet a nie tylko jeden dzień w roku czyli   8 marca .

Pozdrawiam Imię i Nazwisko" [pisownia oryginalna, że hej]

gdy już odzyskałem przytomność, nie stwierdziwszy większych obrażeń, próbwałem zebrać myśli. po co? dlaczego? wiedziałem kto, ale tej akurat wiedzy chciałem pozbyć się z mojego organizmu jak najszybciej - niestety bezskutecznie.

jakby tego było mało, na wieczór zaplanowane miałem warsztaty dla kobiet pragnących stworzyć udany związek. siedzę, jak zwykle, w ciemnym kącie, jak najmniej przyciągając czyjąkolwiek uwagę. ale nie. przed swą wielką prelekcją podłazi do mnie prowadząca warsztaty pani derektor, psycholog, kołcz, trener i co nie tylko. musiała zamówić specjalnych rozmiarów wizytówkę, by pomieściła wszystkie jej tytuły. podłazi więc i pyta mnie, czy będzie mnie mogła o coś zapytać. obwody palą mi się na takie zagrywki, ale próbuję być miły. potem pyta, czy wiem o czym będą zajęcia, więc mówię, zgodnie z prawdą, że nie mam pojęcia. ona na to, że będzie uczyła kobiety jak stworzyć udany związek. no to mówię, że to bardzo ładnie z jej strony, że posiadła tę tajemną wiedzę w swym dość młodym wieku (jeszcze przed czterdziestką) i do tego raczy się nią podzielić. w sumie, to skąd tępa locho wiesz, że twój fagasini za rok nie zacznie chlać denatu i lać cię przewodem siłowym sześćdziesiąt trzy ampery? no nie wiesz, przecież, bo nikt nie wie, ale mniejsza z tym. ona nawija dalej, że jako jedyny mężczyzna na sali, być może mógłbym podzielić się ze słuchaczkami swym punktem widzenia, oczywiście w momentach, które ona uzna za stosowne. mówię, że skąd wie, że to co powiem będzie tym, co wpasuje się w jej wykład. i w tym momencie widzę na jej twarzy przebiegające pęknięcie grymasu, zdradzającego, że nie jestem być może odpowiednim egzemplarzem do jej socjotechnicznych eksperymentów. a ja sobie pozwalam jeszcze zapytać o to, czy ma jakiś dyplom ze szkoły udanego związku, czy coś, co upoważnia ją do prowadzenia tego warsztatu. i tu już kaplica, zwijanie obozu i pełen odwrót wojsk, nie było rozmowy. "podejrzane", myślę sobie i wracam do swoich obowiązków.

wykład się zaczyna, zaczyna się zagłada ludzkości, a ja w oku cyklonu nie mogę nic począć. w pięciu zdaniach prowadząca ustala, że w związku jest kobieta i "misio pysio". kobieta jest rodzaju ludzkiego, wyposażona w niezbyt duży mózg, czasem może go używać, ale nie jest to konieczne. "misio pysio" zaś to coś w rodzaju tamagotchi, które jak się nakarmi i napoi, to można się z nim parzyć. przez kolejne cztery godziny swej bezskładnej paplaniny, podpieranej memową mądrością, określenia "misio pysio" nasza guru od związków użyła pizdylion razy. opisała z pięćdziesiąt "kejsów", bo na świecie nie ma już "przypadków" ani "przykładów". każdy kejs wyssany był z palca, albo, co gorsza, z kwejkowego mema. ogólny zaś wniosek płynący z całych tych spaczonych warsztatów był taki, że udany związek tworzy się nie dzięki zaufaniu i zrozumieniu, a dzięki manipulacji uczuciami drugiej osoby. kiedy powinno nastąpić gromadne obrzucenie nieświeżą żywnością jaśnie oświeconej pani guru, pojawiły się gromkie oklaski. stado niedopchniętych, niedoprasowanych i niedoczesanych babonów rzuciło się w stronę sceny, by otoczyć prelegentkę wianuszkiem wiernych fanek i z bliska chłeptać jej mądrości. gdzie jest pożerająca wszystko otchłań, gdy jej najbardziej potrzeba?!?

załamany, pełen zwątpienia w losy naszego uniwersum udałem się na zasłużone piwo, a nawet osiem, by zapomnieć, by ukoić ból. potem dotarło do mnie, że wstęp na te warsztaty nie był wcale darmowy! kwalifikowało się to do zamówienia kilku dużych wódek, ale trzeba się szanować.

by zmyć z siebie ciężkie przeżycia, które napotkały mnie ósmego marca, udałem się w rokendrolową pielgrzymkę do miejsc nieświętych, którymi tym razem okazały się sosnowiec, wrocław, a nawet wiedeń, któremu ochoczo pośpieszyliśmy z odsieczą. okazało się, że nadal czuć gdzie rzym, a gdzie krym. ale u nas - wiadomo - emerytura niziutka, a stawki zespołów wysokie. tak czy inaczej zabawa była przednia, przygody epickie, a to co najważniejsze, czyli koncerty - miażdżące. pojawiły się sny o potędze, sny o darmowym jedzeniu i piwie, sny o hostelach i niekończących się pieniądzach na benzynę. a potem trzeba było wracać do pracy.

17:10, krwawy.trzmiel
Link Komentarze (2) »
czwartek, 14 lutego 2013
PLAGI DARMOWEJ KULTURY

wczoraj zgrzeszyłem przeciw ojczyźnie. byłem na darmowym seansie "tajemnicy westerplatte" i życzyłem naszym, żeby się jak najszybciej poddali. ale wcale nie było tak, że miałem takie założenie od początku, że jestem antypolakiem, że kolaboruję z trzecią rzeszą. wcale nie. ale już na początku jakieś dwie spóźnione tępe kwoki zaczęły zakładać nogi na żyrandol, szczekać, warczeć, siorbać, mościć se, a ich sucza natura uwłaczała mi. zacząłem nawet się zastanawiać, czy mi też byłoby wygodnie, gdybym zarzucił stopy na ramiona typa, w rzędzie przede mną i, wspierając się łokciami na podłokietnikach, uniósł biodra. stwierdziłem, że nie, ale nie jestem też zblazowaną lochą nie potrafiącą zamknąć swej gęby w kinie, więc może się nie znam.
postanowiłem wgryźć się w film na ile to możliwe, znając smętny jego koniec. nie spodziewałem się "czasu honoru", choć było kilka ryjów, które mogły mnie zwieść. to miały być raczej suche fakty z mgiełką fabularną. i tak było. kiedy okazało się, że podręcznik historii radzi sobie z tą opowieścią równie dobrze (pomijając fakt, że żebrowski średnio sprostał jako dowódca i zastąpić go musiał ten drugi) zacząłem ziewać. potem poczułem klucze w tylnej kieszeni spodni, a potem nawet chciałem sprawdzić w internecie czy dobrze pamiętałem liczbę bohaterskich dni westerplatte (na które podzielony jest film).
po seansie było mi trochę głupio, bo na pewno są ludzie, którym film się podobał bardziej niż mnie. skoro tematyka wojenna nie jest moim ułańskim konikiem, to po kiego grzyba tam lazłem? bo za darmo. ale słabizna. tak więc nie ostrzegam przed filmem, bo zły. przestrzegam, że jeśli nie kolekcjonujesz broni, nie prasujesz munduru przed wyjściem na miasto, nie bierzesz udziału w grupach rekonstrukcyjnych - możesz odczuć ból w niskiej części pleców. i nic nie pomoże spostrzeżenie, że ten drugi dowódca na kacu pije wodę ze szklanki z ikei.

to obcowania z darmową kulturą nie koniec. serwis spotify pojawił się w polskich internetach. przez miesiąc można nawet korzystać z darmowego konta premium, z lepszą jakością dźwięku, bez reklam i w ogóle, a nawet wogle. dobre dla ludzi, którzy mają wyrzuty sumienia spowodowane ściąganiem pirackich empetrójek. za darmo, lub za małą opłatą można sobie słuchać całkowicie legalnie. oczywiście fani mocno niszowych artystów wydających w równie mało znanych wytwórniach raczej nie znajdą tu wiele dla siebie. z drugiej strony niszowi artyści nie mają nic przeciwko ściąganiu ich albumów z sieci, więc...

swoją niszę odnalazła też ultramodelka ilona felicjańska, która podczas pobytu w tworkach postanowiła dołączyć do hemingwaya, dostojewskiego i dickensa. i, niestety, unia ta nie polegała na udaniu się do piachu, tylko na popełnieniu powieści. nie wiem jak to możliwe, ale świat się nie skończył. nie wiem też dlaczego ścierwo to z taką łatwością można ściągnąć za darmo z internetu. może dlatego, by łatwiej było kpić z naszego nowego dobra narodowego. powiem krótko, nadaje się to do czytania tak samo dobrze, jak parujące wśród łaki krowie gówno. autorka w notce promocyjnej hulającej po sieci pisze o tym, że podczas trzymiesięcznego odosobnienia w tworkach odnalazła wreszcie czas na czytanie. w swoim dziele co akapit wymienia pisarzy, malarzy, muzyków, filozofów tak, jakby chciała nas przekonać, że posiada mnemoniczną supermoc i w ciągu trzech miechów wciągnęła całą literaturę, jak przedtem grube krechy w damskim kiblu. tam literaturę... całą sztukę! gdyby z ciał wszystkich wymienionych, przewracających się w grobie zapewne z dużą prędkością, skonstruować machinę do drążenia tuneli, to warszawską drugą nitkę metra moglibyśmy mieć przed drugą publikacją felicjańskiej. wszyscy ci bogu ducha winni wielcy naszego świata, przetkani są uroczymi scenami dupodajstwa autorki w rozmaitych sceneriach, konstelacjach i ekwilibrystycznych pozach. cytaty z tej krynicy mądrości i wiedzy o świecie już przemierzają odmęty internetu. paolo coelho może czuć się zagrożony na pozycji króla memów.

świadomość, że felicjańska słuchała jane's addiction czytając bukowskiego sprawia, że mam ochotę tłuc głową o ścianę, żeby to wszystko odpamiętać, zanim zagnieździ się na stałe, by dręczyć mnie wśród bezsennych nocy. z drugiej strony, jaki wpływ mógł mieć na nią miller czy bukowski, skoro "penis wdziera się w jej intymność"?!? to mnie uspokaja, ale i tak najchętniej jebnąłbym jej z dyńki.
12:29, krwawy.trzmiel
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 lutego 2013
WIELKIE UPADKI MAŁYCH LUDZI

"ty, widziałeś? ale mnie pyrgnął! co to za frajerzyna jebana?!? prawie mnie szluga wytrącił! co to jeeeest?!?" słyszysz zaczepiając ramieniem o mocno rozgestykulowaną praską żulicę, perorującą z beznogim mężczyzną na wózku. a może nie była rozgestykulowana, tylko ją telepało. takie rzeczy zdarzają się, gdy sobie pomyślisz: "eee, jednak spoko, ta dzielnica jest zajebista, cudownie się mieszka, ech kraina szczęśliwości". albo wychodzisz ze śmieciami a tam żywe śmiecie pod klatkowską drą się do sąsiadek, że srają psami pod oknami i on w to wlazł, i "dlaczegooo ty kurwoooo, zajebię sierściuchaaaaa!". albo kładziesz się wcześniej, bo jutro na rano do roboty a sąsiadki z góry, co to chyba nie znają posępnej mocy opieki społecznej, spuszczają ze smyczy córkę i każą jej skakać na skakance w takt "macareny". krótko mówiąc, gdy tylko poczujesz się za dobrze, spod głazu jak na komendę wypełza banda chuja, by przypomnieć ci, że hola hola, tu nie ciechocinek, my tu takich nie lubimy.

a potem w robocie patrzysz jak dziki tłum wali drzwiami i oknami na występ piosenkarki mariki, która śpiewa o ważnych życiowych kwestiach, że jest chłopak i jest dziewczyna, którzy chcą być razem, ale nie mogą, bo takie trudne jest życie, ale na szczęście jest rege i wpuść je do swojego serduszka. i chcesz, żeby jedynym rege na świecie było to serwowane przez kobong albo żeby oni wszyscy tu umarli.

albo jesteś na koncercie równie mocno obleganym, występuje niby rockowa kapela dr misio, ale to jest naprawdę arek jakubik z zespołem. no i jest mocno średnio, a potem oni wykonują "m jak morderstwo" świetlików i się okazuje, że mordują świetlickiego, mordują jego zespół i mordują ciebie. patrzysz wkoło i widzisz jak oni wszyscy podskakują w rytm muzyki i sobie myślisz, że jak to dobrze być zamordowanym i w tym uczestniczyć jedynie biernie, jako truchło zaledwie, czekające na wydziobanie ócz.

innym znów razem robert leszczyński zapowiada trupę kubańskich imigrantów, tańczących, grających i śpiewających. robertowi znowu wydaje się, że jest w centrum zainteresowania, robert upada jako człowiek i trudno zliczyć który to już raz. potem wszystkim pijanym polakom wydaje się, że łatwo jest dobrze tańczyć przy muzyce latynoskiej, co kończy się wielkimi tragediami maluczkich ludzi.

kiedy indziej patrzysz na właścicieli najlepiej prosperujących salonów toyoty, jak z początku chłodno ignorują hitowy utwór zespołu weekend, by po dwóch godzinach i wielu głębszych tarzać się w jego takt pod sceną, jak świnie we własnym gównie. patrzysz obojętnie marząc by alkohol, który wszyscy pili okazał się czeskim metylem. by w ziemniakach był wirus ebola, albo żeby przynajmniej z sałaty wyskoczyły na to bydło krwiożercze ślimaki z kosmosu, by pić ciepłą a złą krew. oczywiście nic takiego się nie okazuje, nic z niczego nie wyskakuje, a ty musisz patrzeć na to wszystko dalej, każdego dnia.

na dobitkę czytasz o wręczeniu nagród grammy i okazuje się, że w kategorii 'alternatywa' zwycięża gotye. chcesz dusić, palić i mordować. a nie, zaraz, to wszystko ja.
23:01, krwawy.trzmiel
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 grudnia 2012
ZDROWIE NA BUDOWIE I ŚWIADKOWIE

słyszało się nie raz, że zdrowie na budowie, że po szklanie i na rusztowanie i tak dalej, i tak dalej. krótko mówiąc, polski budowlaniec z wódeczką się przyjaźni. wczoraj przekonałem się o tym dobitnie. impreza dla firmy budowlanej.

z początku, jak to zwykle na koniec roku 2012, ogólna zjebka, bo kryzys jest, a winnego nie ma. to trzeba znaleźć. no i znaleziono raz dwa, bo jakaś tam budowa w zapizdowie nie pykła, sa długi, frajerzy poszli do zwolnienia, ale reszta, która w porę nie reagowała jest na tej sali z nami, pije za nasze szampana i robi minę niewiniątka. francuski prezes, czy kim on tam był, półbóg w dopasowanym gajerze, wycharczał na swych podkomendnych wiadro pomyj pachnących mydlaną pianką, tłumaczka przemilczała prawie wszystkie francuskie "kurwy" i "chujów", ale i tak miny były kwaśne. potem puszczono film o tym, jak to cały koncern napiera wyniki i tylko polskie zapizdowo daje dupy na całej linii. potem życzenia szczęśliwości, radości i rodzinnej atmosfery w czasie świąt. a po nowym roku zobaczymy.

prezes się zdematerializował, bar się otworzył, tłuszcza ruszyła się nawadniać. i to jak. człowiek stoi z boku, patrzy na trzeźwo i czuje narastający wstręt do alkoholu. jak już wielokrotnie pisałem, nieważne czy jesteś noblistą, czy rowokopem - po wódzie odpierdala, koniec tematu. a tu chamstwo było pierwszego sortu. łącznie z pstrykaniem na obsługę, waleniem pięścią w bar i nawoływaniem: "ej ty tam, wódki!". nie przesadzam, nie koloryzuję. szatniarz dostał napiwek w postaci monety dwudziestozłotowej. kurwa mać. kto jest na tyle popierdolony, że nosi ze sobą bilon sprzed denominacji i obdziela nim szatniarzy?!? przecież to nie pięciogwiazdkowy hotel, napiwki nie są oczywiste, zwłaszcza na opłaconej przez firmę imprezie, z opłaconym szatniarzem. nie stać cię by wrzucić szatniarzowi dwa zety, to nie wrzucaj, przecież nie urwie ci za to wieszaczka, ani nie przepyra kielni.

potem panie zrzucają szpileczki, bo wydaje im się, że to przez nie trudno im utrzymać azymut i równowagę. ale nie. nadal truchtają zygzakami obijając się o ściany, wpadając na stoły i przewracając elementy dekoracji. nie wszyscy wytrzymują olimpijskie tempo zwiększania stężenia etanolu we krwi. jeden typ najpierw błądzi po pomieszczeniach służbowych, potem przewraca się, a potem mocuje się ze stołem koktajlowym, schodzą do parteru, a szkło, talerze i świeczniki rozbryzgują się na trylion kawałków po całej sali. nikogo to nie dziwi, nikogo nie obrusza, nikt nawet uwagi na to nie zwraca. widocznie będzie coś lepszego...

no i nie trzeba było długo czekać. oto obserwuję kolejnego zwiedzającego służbowe korytarze. wchodzę za nim do małego składziku na krzesła, stoły i pierdoły. zapalam światło i oczom mym ukazuje się scena, w której zwiedzający rozpina rozpór i próbuje połączyć się wstążką fizjologiczną ze stosem krzeseł. hola, hola, krzyczę. panie, to nie kibel, tu nie sikamy. patrzy na mnie oczyma niczem czerwone planety co to z orbit wyszły. patrzy wzrokiem nie widzącym. prowadzę go więc przez całą salę, a w trakcie naszej międzygwiezdnej podróży od składziku do rzeczywistej toalety koledzy z pracy czynią względem zagubionego w czasoprzestrzeni jegomościa niewybredne żarty. odstawiam urynatora pod urynał z poczuciem spełnionego obowiązku, triumfu i ogólnego samozadowolenia.

o, po kątach śpiących, po kiblach rzygających, na czworakach się słaniających, nawet nie wspominam. po trzeciej nad ranem podpisuję papiery z organizatorami. są tak zbetonieni, że chyba nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że coś w ogóle podpisują. pani pyta, czy może jeszcze sobie butelkę rumu zamówić, bo ma ochotę na mojito. przypomnę, że prawidłowa artykulacja nastręcza jej wielkich problemów. ale przecież proszę bardzo, serdecznie zapraszamy. barman już szuka półtoralitrowej szklanicy na kładące na łopaty modżajto dla świni, drugi z czekanem kruszy wielką bryłę lodu, limonka wielkości piłki plażowej, kilo brązowego cukru, pół litra sodówy i voila! proszę się upadlać i wynosić, bo zegar tyka.

po takich przeżyciach nie może dziwić, że tracę do ludzi sympatię. jakiś czas temu, po serii podobnych imprez dzwoni niespodziewanie (bo w poniedziałek) pan dariusz - świadek jehowy. otwieram na lekkim wkurwie, bo już nie wiem jak darkowi mam miło tłumaczyć, że nie mam ochoty na pierdolenie z nim o sprawach ostatecznych na klatce schodowej. on jak zwykle uśmiechnięty, a ja, wyjątkowo, nie. zaczyna coś nawijać, że zbliża się ważny czas, na co odburkuję, że być może dla mnie ten czas nie jest tak samo ważny, jak dla niego. to go trochę zbija z tropu, bo do tej pory uśmiechałem się do niego i tylko wymigiwałem, że albo śpię, albo wychodzę zbierać chrust, a tu nagle taki zgrzyt. ale darek to wojownik, wojownik z wąsem i nie daje łatwo za wygraną. przeprowadza drugi atak. mówi, że on już nie będzie przychodził, bo oto chce mi przedstawić kogoś, kto go zastąpi w wizytowaniu mnie. wskazuje jakieś dziewczę czerwieniące się w kącie, ale ja nie chcę słuchać, bo miarka się przebrała. wypalam, że nie sądzę, bym miał kiedykolwiek czas na ich wizyty, więc niech może nie marnują na mnie cennych minut swego życia. dariusz na to, że pozwoli sobie jednak mimo to... nie, kurwa!!! pęka mi żyłka i pytam go wprost: "co mam panu powiedzieć, żeby pan do mnie nie przychodził, a żeby pana nie obrazić?". darek zastrzygł nerwowo wąsem i bąknął jedynie: "żegnam panie piotrze". i poszli. a ta panna nawet słowa nie wydusiła, bo chyba jej nie dałem ku temu wystarczającej przestrzeni.

jakoś rok temu pisałem, że świadkowie jehowy są najmilszymi polakami, jakich ostatnio spotkałem. okazuje się, że mili polacy na dłuższą metę mnie bardzo wkurwiają. martwi mnie jednak, że nawet mili polacy biorą fakt bycia miłym za słabość, którą należy bezceremonialnie zgwałcić.
środa, 12 grudnia 2012
SIĘGAJA DNA, A NIE SĄ NURKAMI

sezon na śledziki, integracyjne podsumowania roku i tym podobne biesiady mamy za pasem. wy może tego nie odczuwacie, ale też nie brodzicie codziennie w wymiocinach i nie patrzycie każdego wieczoru  na chodzących na etanolowym postronku ludzi jak owady, ludzi bez imienia.

niby nic wielkiego, impreza jak impreza. od dawna wiadomo, że polski pracownik, choćby nie wiadomo jak kulturalny, gdy usłyszy hasło "darmowa wóda" w ciągu dziesięciu minut zmienia się w pełzającą kreaturę. ostatnie jednak imprezy dobiły mnie czymś więcej, bo oto firmy zlecające imprezę dysponowały tworami hucznie nazywanymi "orkiestrami zakładowymi". i, żeby była jasność, nie są to zespoły rekrutowane z muzyków, którym kariera nie pykła i zostali pracownikami firmy. nie. to są zapewne fenomenalni pracownicy, którzy postanawiają, że będą też grać w zespole. w takich dziedzinach obowiązuje zasada "są gorsi". bo zawsze znajdą się jacyś gorsi. a skoro tak, to nie jesteśmy tacy źli, więc co nam szkodzi zagrać? no nic nam nie szkodzi!

przyjeżdżają jak prawdziwe gwiazdy rocka, czyli spóźnieni i nie w komplecie. każdy z nich zna się lepiej na nagłaśnianiu, zwłaszcza instrumentów, na których nie gra. basista jest specem od wokalu, wokal od perkusji, perkusista od klawisza, klawisz od niczego, a gitarzysta gra solówkę na przesterze z multiefektu za dwie dychy. zespół przed występem zastrzega sobie, że nie zagra, jeśli nie będzie miał najlepszego sprzętu, trzystu dróg monitorowych, świateł jak na otwarcie olimpiady i klimatyzowanej garderoby. dostarczamy więc sprzęt, na który łasym okiem spojrzałby nie jeden zawodowy muzyk, a potem "muzycy" wyjmują z futerałów swoje paździerze przepłacone w riffie, kabelki cienkie jak piwo konstancin i puszą się, jakby mieli zaraz zawojować świat.

zaraz potem okazuje się, że perkusja jest źle nastrojona, co to za wzmacniacz, co nie ma wbudowanych efektów - miała być najwyższa półka, wzmacniacz ampega za więcej pieniędzy niż basista widział w kupie brzmi źle z równie drogą ośmiogłośnikową lodówą. my jesteśmy nadal mili, nadal uczynni. cierpliwie tłumaczymy, że bas, jak sama nazwa wskazuje, nie polega na odkręceniu na maksa tonów wysokich i skręcenia do minimum tonów niskich (basów nomen omen), a perkusja nastrojona jest odpowiednio i być może pan perkusista zazwyczaj grywa na nastrojonej inaczej, że nie ma co szukać cyfrowych efektów w analogowym wzmacniaczu i że klawisza nie słychać dlatego, że jest nie podłączony do głośnika.

spokojni jesteśmy dlatego, że jeszcze nie słyszeliśmy szanownych panów w akcji. cierpliwi i uczynni, bo nikt nam nie powiedział, czego świadkami będziemy zaraz. perkusista nabija rytm, pierwszy cover idzie na przemiał. rzeczywiście źle to brzmi. ale nie z winy sprzętu. jest koślawo i nierówno, a oryginalne melodie i riffy są przetworzone i wypaczone przez chore umysły członków orkiestry. instrumenty są nie nastrojone, bo muzycy stroili się "na słuch". boimy się, że zaraz zejdą ze sceny i powiedzą, że co to za gówniany sprzęt i że to wszystko nasza wina. ale nie. o dziwo panowie muzycy są z siebie bardzo zadowoleni. przegrali 14 cudzych utwórów, których twórcy, ci nieżyjący, przewracali się w grobie, a ci żyjący dostali na pewno podejrzanych wykwitów na całym ciele. na bank został ustanowiony jakiś rekord, bo nie było momentu, w którym można było powiedzieć, że jest ok. każdy numer, każdy refren i każda zwrotka były dokumentnie spierdolone. ideał sięgał bruku co trzy minuty, a my płakaliśmy w milczeniu, patrząc na te cuda. żal mi było nawet ryśka riedla, który musiał wykonać w poziomie z pięć potrójnych axli, gdzieś tam, sześć stóp pod ziemią.

a potem to już jak zwykle. kapela zagrała, tłuszcza biła brawo, kapela obrastała w piórka, a potem był koniec występu, sława przeminęła i pozostał kac. tłuszcza po wódce pamięć ma słabą i pięć minut po odpaleniu dj'a nikt nie pamiętał, że grał jakiś zespół. bo przecież koko dżambo, ejs of bejs, hadełej i bajlando. a do tego wóda litrami. wybija północ i księżniczki zmieniają się w napierdolone babony, tępym wzrokiem szukające nie wiadomo czego. łażą jak widma, skore do zwady, skore do upadku absolutnego. jeden pan śpi na stojąco nie dotykając ściany. wygląda jak dżdżownica w deszczu wystawiająca z ziemi jeden z końców, albo roślina szukająca światła, na przyśpieszonym filmie. dlaczego nikt tego nie kręci? gdzie jest światło punktowe, należące się temu panu? wreszcie są połamane kończyny, rzygowiny, sceny zazdrości i romanse w ciemności. po zapaleniu światła romansujący pan derektor dostrzega jednak słabe punkty w tym idealnym jeszcze przed chwilą układzie. bo oto bujny czarny włos okazuje się plastikową peruką, a jedwabiście gładka skóra księżycową powierzchnią z grubą warstwą taniej szpachli nałożonej na kratery.
ochrona wyprasza ludzi bez domów, którzy nie mają najwidoczniej do czego wracać o godzinie czwartej trzydzieści rano. wygląda to wszystko bardzo źle, a gdy dociera do nich ta cała smutna prawda, wszystko wygląda jeszcze gorzej. mordy im się marszczą, płaszcze rwą, komórki gubią, a klucze do domu gną pod naporem tłustych cielsk.
wyganiamy ostatnich z ostatnich, zamykamy się od środka i obserwujemy, jak stoją na mrozie, patrząc tępo w naszą stronę. ani myślą się stąd ruszać. jesteśmy w potrzasku.
14:41, krwawy.trzmiel
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 października 2012
WIZYTA MULTITRYLIARDERA Z GWIAZD

może widzieliście w telewizji. może nie. richard branson, przez niektórych managerów kulturwy mylony z charlsem bronsonem, nawiedził był nasz kraj niezwykły, nasz kraj przedziwny, królestwo nie z tego świata.

niby nic wielkiego. virgin mobile planuje podbój polskiej telefonii komórkowej, więc szef szefów przybywa, by blaskiem swem podgrzać żar w marketingowym piecu promocji. nic wielkiego?!?

dobę wcześniej przybywa ekipa stolarzy, scenografów, oświetleniowców, technicznych wszelkiej maści i, co najmniej ważne, speców od iwentów, których głównym zadaniem jest kręcenie się w kółko i wysyłanie sprzecznych informacji. a który ma bardziej spedalony look ten większy spec. burzą porządek zastany, budują nowy ład z paździerza, amelinium i drewna litego. wyklejają, przycinają, oświetlają, zaciemniają. robota wre, pot leje się z czoła, robole kurwiają, iwentspece ciućkają kawki i chodzą coraz bardziej zesrani.

bladym świtem horda ludzi nieznanej mi zupełnie proweniencji przybywa na miejsce lądowania multimilionera. nie wiadomo po co tam są, ale wyglądają, jakby byli gotowi ssać bransonowy cycek. panie wypindrzone, panowie wypastowani. do tego liczna grupa hostess i ich nie bardzo męskiej wersji ubranych jak stewardessy i stewardzi. ich szefowa o bionicznej twarzy próbuje wytrzymać ciśnienie, ale wygląda na to, że silikon, botoks i kolagen udające jej twarz zaraz przerwą mizerną zaporę jej naturalnej skóry i obryzgają wszystkich. zwieńczeniem poranka może okazać się wystrzelenie w bransona jej plastikowego nosa.

pada hasło, że richard branson już gdzieś tam wylądował, że sam przyleciał balonem, albo na swoich własnych anielskich skrzydłach, informacje są sprzeczne, nikt nic nie wie. telewizje odpalają kamery, anita werner materializuje się w środku całego zamieszania z nienagannym mejkapem i wszystkim. piotr kraśko, który ma podejrzanie mało skóry na twarzy pije espresso niedomkniętymi permanentnie ustami i przyjemnie opalizuje w sztucznym świetle ledowym. wszyscy chcą jeść kanapki, ale nie wolno, bo to są kanapki pana bransona. mimo to, ktoś co i rusz przeprowadza atak na te nieszczęsne sandwicze, bo skoro są to sandwicze pana bransona, to może po zjedzeniu takiego ja też zostanę trochę panem bransonem? albo chociaż panem?

ktoś głośno krzyczy, bo oto richard branson wysiada z autobusu i zmierza ku nam. ma liczną świtę i z oddali tak naprawdę widać tylko tumult i zgiełk naokoło czegoś, co wygląda na całkiem zwykłego podstarzałego mężczyznę w skórzanej kurtce i jeansach. gawiedź trochę posmutniała. być może spodziewała się trzymetrowego złotego boga, z min gawiedzi niewiele można wywnioskować poza tym, że picie wódki od rana jednym nie służy a innym nie służy bardzo. facet w skórzanej kurtce i jeansach okazuje się naprawdę być richardem bransonem. nie ocieka bogactwem ani nie wygląda na mędrca. wygląda normalnie. wita wszystkich przybyłych i idzie udzielać wywiadów krajowym telewizjom. gawiedź ponownie zostaje sam na sam z drinkami i przekąskami.

na dole branson zastaje dziennikarskie indywiduum, które przedstawia się jako werner kraśko, dziennikarz telewizji tvnp. na bransonie nie robi to żadnego wrażenia, siada wygodnie w czarnym fotelu, prosi o wodę i przystępuje do odpowiedzi na pytania. werner kraśko pyta o to, jak zostać richardem bransonem, na co ten odpowiada w bardzo mało zadowalający sposób, że richardem bransonem trzeba się urodzić. werner kraśko próbuje jeszcze z wielu stron, pyta jak zarabiać miliardy, jak zawładnąć kosmosem i jak siłą woli powstrzymać kryzys światowy, ale w odpowiedzi słyszy banały, które sam sobie mógłby zadeklamować w każdej chwili.

branson prosi o chwilę przerwy i idzie do toalety. ruchem ręki powstrzymuje hordę popleczników, którzy ruszyli za nim, aby, kto wie, podetrzeć go, czy może nałapać moczu multimilionera w słoik. w toalecie guru biznesu natyka się na babcię klozetową, która myjąc podłogę pomstuje: "szczają tylko i srają!". jako że babuszka znajduje się w mocnym ugięciu, branson poczytuje to za powitanie w skromnych toalecich progach, kiwa dostojnie głową i rusza czynić powinność.

wracającego z toalety bransona zaczepia starszy pan, wyglądający na zubożałego marszanda sztuki, czy kogoś w podobie. pragnie uścisnąć rękę złotemu cielcowi, ale ten wzbrania się, tłumacząc, że dłoń ma mokrą i zimną. marszand jest nieustępliwy: "rimember mi? ajm jacek, łi łer tógeder et..." na co branson kapituluje i podaje marszandowi jackowi mały palec. jacek ściska go obiema dłońmi, a także kompletem stóp, próbując wmasować w siebie jak najwięcej życiodajnego richarda bransona. właściciel małego palca patrzył na marszanda przez chwilę z nieskrywanym obrzydzeniem, a potem wrócił do wernera kraśki. ten jednak był już w trakcie zwijania mikrofonowego kabla. pożegnali się, branson ponownie pojawił się wśród gawiedzi, która świdrowała go wzrokiem pełnym uwielbienia i pogardy.  w krótkich słowach multitryliarder pożegnał wszystkich i po prostu wyszedł.

gawiedź, pomieszana z ekipami stolarzy, scenografów, oświetleniowców i technicznych, rzuciła się na resztę przekąsek, na kanapki pana bransona, na darmowe drinki i napoje bezalkoholowe. powstał nielichy rejwach, kobiety z rozmazanym makijażem biegały krzycząc, stewardessy zaczęły trąbić reklamowymi trąbkami, stolarze demolowali zbudowane przedtem paździerzowe ściany, iwentspece siedzieli w otępieniu powtarzając pod nosem w unisono: "przecież go dotknąłem. dotknąłem go".

richard branson patrzył na to wszystko z wielkiej oddali, wznosząc się na skrzydłach w wyższe warstwy stratosfery, kierując się na alfę centauri.
12:20, krwawy.trzmiel
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 01 października 2012
SERIA NIEFORTUNNYCH ZDARZEŃ

nie dość, że franca tajemnicza a podstępna mnie dopadła znienacka, to komputer równie nagle odmówił współpracy. przepastne gigabajty muzyki w mgnieniu oka okazać by się miały niebyłe? serce mało nie wyskoczyło mi twarzą na takie wieści. poradziłem się znawców, wyliczyłem symptomy i opowiedziałem o swych przypuszczeniach człowieka mocno analogowego. działanie maszyny liczącej jawi mi się nielichą zagadką dlatego pokornie przyjąłem rady mistrzów informatycznego kung-fu i zrobiłem jak kazali. oczywiście efekty nie były zadowalające. komputer uruchomił się raz, a zaraz potem powrócił do stanu otępienia. wziąłem sprawy w swoje ręce. wyruszyłem przez zacinający, zimny deszcz po kabelek za pięć zeta. osłabiony chorobą, mamrocząc w malignie, przemierzałem mozolnie praskie zaułki doszczętnie obsrane psami i kulawymi mentami zaczepiającymi o dwa złote.

wchodzę do sklepu, sprzedawcy pokazuję wyrwane z komputera trzewi digitalizowane jelito i proszę o nowe. sprzedawca na to, że zetów pięć, a ja czy kartą można, bo deszcz i do bankomatu daleko. cwany gapa rzecze, iż owszem, naturalnie, oczywiście, ale od kwoty dwóch dych, więc może coś mi się jeszcze w domu przyda, jakaś kiszka cyfrowa, tudzież jakieś binarne flaczydło inszego sortu. no to daję się sobie namówić na kabel vga, bo może sobie kompa pod telewizor podłączę, żeby "the wire" zamiast klanu sobie oglądać na większym ekranie. sprzedawczyk odbiera kartę, prosi o pin i... chuj. bez cienia żenady ni wstydu ekspedient małoletni informuje mnie, że "coś chyba z internetem" i że kartą się nie da. w sklepie komputerowym matoł jeden mówi mi, że "coś z internetem" i "nie da się". od razu prześwietlam go, że nie jest on żadnym informatykiem, bo w momencie gdy informatyk mówi "coś chyba z internetem" to już rękami jest w serwerowni i przepina jakieś błyskające kabelki. widziałem to w pracy wiele razy, więc wiem co mówię. lekkom podkurwiony, ale oferuję, że pójdę do najbliższego bankomatu i wrócę do sklepu niebawem. wychodzę ponownie w deszcz i ponownie brnę, jak w złym śnie. takie same gimnazjalistki wystające na rogach takich samych obeszczanych ulic jednocześnie żują gumę, palą peta i mówią "kurwa". gdy jestem dziesięć kroków od bankomatu widzę babę, która widzi, że zmierzam do bankomatu, a ja wiem, że ona wie, że ja wiem, że ona też chce z tego bankomatu skorzystać przede mną, bo być może w środku jest ostatni wielki kazimierz na świecie. przyśpieszam, dochodzę, wygrywam. baba stoi z gębą rozdziawioną tak, że gdybym był bogatszy, to bym jej drugie pięć dych włożył prosto w tę paszczę zdumioną moim brakiem elementarnej kultury. ale tu o kulturze nikt nie słyszał, tu się środkowa ze strzelecką krzyżuje, a szczury wielkości nutrii pędzą po chodniku.

wchodzę do sklepu. sprzedawca podaj mi kabelek za pięć zeta i kabel vga. tak to być nie będzie. "tylko ten za pięć złotych poproszę" zażywam pryszczatego fałszywego informatyka. a ten kutas wydaje mi dwie dychy normalnie, a ostatnie pięć złociszy w pięćdziesięciogroszówkach. "chuj" charakteryzuję go w myślach i opuszczam przeklęte sklepiszcze. "i tak muszę kupić dwa bilety" myślę sobie, planując szybko pozbyć się dzwoniącego w kieszeniach bilonu.

wchodzę do kiosku, gdzie przerywam ożywioną rozmowę dwóch emerytów. emeryt sprzedawca, siwy dziadoszek, wysłuchiwał z namaszczeniem opowieści dziadoszka w wiatrówce o tym, jak to wyprawa na grzyby spaliła może nie na panewce, ale na jednym li tylko wiadrze. stoję, słucham i paruję, grzecznie czekając na to, aż siwy kioskarz mnie zauważy. zauważa mnie. proszę o dwa bilety. dziadunio kładzie je na ladzie, a ja mówię, że mam dużo pięćdziesięciogroszówek i może mu się przydadzą, jeśli mu nimi zapłacę. on na to, że nie będzie zachwycony, na co ja, że też nie byłem, gdy mi tak wydano. i wtedy dziadek zmienia front wykrzykując: "to chuj, nie chcę! nie sprzedam!". patrzę na niego spode łba, bo nie wiem czy to jakiś program kręcą, czy on właśnie wita się z przodkami, albo ma jakiegoś rodzaju atak natury psychicznej. nic się nie dzieje, nikt nie krzyczy z offu: "mamy to!", więc to nie program. dziadoszek nie obala się na podłogę, więc przodkowie muszą jeszcze trochę poczekać. przestał też krzyczeć, więc on naprawdę i na serio to do mnie powiedział będąc osobnikiem zdrowym na umyśle. mówię, że pytałem, czy mu się przydadzą, a "nie będę zachwycony" to nie to samo, co "nie, dziękuję", na co on dalej twardo, acz w innym tonie: "dziękuję uprzejmie". "uprzejmie to by było, gdybyś wypluł tego chuja z mordy" myślę sobie, ale na głos myśli nie wypowiadam, bo w ogóle ostatnio załącza mi się jakieś automatyczne zarządzanie gniewem. zabieram bilon, opuszczam kiosk postanawiając, że moja stopa więcej w tym przybytku nie postanie. w drugim po prostu płacę pięćdziesięciogroszówkami, zamiast uprzedzać, pytać i być nieuzasadnienie miłym. i oto niebywały sukces.

jakiś czas potem wracam z pracy do domu. pierwsze kroki kieruję do komputera, otwartego niczym pacjent w trakcie operacji. instaluję brakujące elektryczne ścięgno i włączam. dupa. wchodzę do biosa, choć nie wiem po co, bo i tak boję się tam cokolwiek przestawić. wychodzę z biosa, restartuję i, ku wielkiemu zdziwieniu, komputer startuje. postanawiam przenieść swoje archiwum muzyczne na nośnik zewnętrzny, póki dysk wewnętrzny jeszcze dycha. i tak już czwartą godzinkę sobie kopiujemy. zastanawiam się, czy aby mój mądry komputer nie przegrywa tej całej muzyki w czasie rzeczywistym. wtedy trwałoby to prawdopodobnie do świąt. idę łyknąć garstkę ibupromów i zapić płynną aspirynką, by nie zwariować.
20:50, krwawy.trzmiel
Link Komentarze (4) »
środa, 26 września 2012
NIE MA NIC ZA DARMO

ano nie ma. nie ma też promocji, bo pełną cenę, a nawet z nawiązką przyjdzie nam zapłacić gdzie indziej. 

wczoraj wybraliśmy się na darmową, wygraną przez znajomego, projekcję filmu "whisky dla aniołów". film niczego sobie, poza tym za friko, więc grzechem nie skorzystać. i już tam zaczęło we mnie delikatnie buzować. bo ja rozumuję tak: skoro seans startuje o 19, to wypada być na swoim miejscu przed 19. choćby o 18:59:59. już rozebranym i umoszczonym. ale co ja tam wiem? film trwa dobre dziesięć minut i ciągle otwierają się drzwi, jaskrawe światło pada na ekran, bo jacyś pokurwieńcy bez zegarka w komórce się spóźniają. no chuj, spóźnili się, różnie bywa, przecież mógł ich zaatakować pterodaktyl, albo mają źle skalibrowaną maszynę do podróży w czasie i zawsze rzuca ich kwadrans za późno. w to nie wnikam, wiem że czasem spóźnienie jest nieuniknione. ale gdy już bym się spóźnił, to czy lazłbym w górę w poszukiwaniu najlepszego miejsca? czy nie wpadłbym na to, że są one zajęte od co najmniej pół godziny, do ciężkiego chuja? ja bym wpadł. ale nie. kurwy i alfonsy wykonują pląsy pomiędzy wygodnie usadzonymi widzami, zmuszają ich do powstania, bo oni muszą właśnie tam. zaraza. powinniście siedzieć wszyscy w pierwszym rzędzie i cierpieć zakwasy karku następnego dnia, to może byście zakumali, że sero venientes - male sedentes, chuje.

ale ok. od połowy filmu był spokój, oglądało się dobrze, film wciągnął i wyszliśmy pozytywnie nastawieni do świata. wtedy przypomniałem sobie, że jest jeszcze pokaz krótkich filmów w ramach jakiegoś szalonego konkursu. pięć zeta wjazd, więc jedziemy. się odchamimy, mamo słodka. będziemy mogli nie wychodzić z domu przez pół roku. na miejscu kolejka. z początku niepozorna. w ciągu pięciu minut zamieniła się w potwora. pełno hipsterów najpośledniejszego sortu - pozujących na artystów. jak już kiedyś wspominałem - żadna bohema tylko zwykłe cygaństwo. drą mordy, rechoczą, skrzeczą i pierdolą straszne smuty. co chwila pojawia się nowe indywiduum, które zna macieja z początku kolejki i poleca mu zakup kolejnych piętnastu biletów dla znajomych. "macieeej, heej, pamiętasz mnie? robiłam ci lagę na koloniach w głuchołazach w '92! kupisz mi 69 biletów?!?". nieustannie boćka mnie w plecy dziewoja trzymająca swą torebkę tak by zasłonić brzuszysko. wiję się, próbuję delikatnie odbijać jej ataki, by dać jej znać, że sobie kurwa nie życzę. co ona, kurwa, chce mi do tego plecaka wleźć? mam ją wziąć na barana? o co chodzi?!? robi się gorąco. ludzi jest coraz więcej. kolejka stoi w miejscu, bo maciej ma swoje pięć minut sławy. jutro cały dzień będzie akceptował inwajty na fejsie. teleportują się wynaturzeńcy ostateczni. jest koleś w kowbojskim kapeluszu, z brodą jak rumcajs i plecakiem turystycznym wielkości przyczepy kempingowej. brakuje tylko ogniska rozpalonego na szczycie. przeciska się bez żenady na sam przód, dobija do kontuaru i kupuje bilety. baba z tyłu nie daje za wygraną. pot cieknie mi po plecach. przeklinam coraz głośniej. nie chcę tu być. przy samej kasie dzwoni mroku i prosi, bym mu kupił trzy bilety. chuj mnie strzela. zanim padam z łoskotem na posadzkę pojawia się inny znajomy i prosi mnie bym kupił mu dziesięć biletów. tracę przytomność i wysyłam mentalne wyrazy szacunku w stronę macieja. twardy chłop.

rezygnujemy ze spektaklu, zwłaszcza, że te bilety o które się tak wszyscy zabijali opiewają na miejsca stojące, gdyż na ten pokaz kino zarezerwowało małą salę. nie przypuszczali, że jak w zapowiedzi umieszczą słowo "niszowe" i cenę "5 PLN", to zleci się znawców, jak much do gnoju. odchodząc od kasy wymierzam celny strzał z biodra w torbę boćkającej baby i wychodzimy w chłodną noc. by uspokoić nerwy ordynuję natychmiastowe spożycie piwa, czemu małżonka ulega bez pertraktacji. jestem tak nabuzowany złą energią, że kelnerka obsługująca nas doznaje lekkiego szoku. po piwie mi przechodzi i wszystko wraca do porządku.

nigdy więcej niszowych pokazów za pięć zeta. żegnam.
17:04, krwawy.trzmiel
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
SKOWYCZ I SKOWYTAJ ZE MNĄ

kolega nagłaśniał, a ja miałem wolne, więc przyszedłem na piwo. a tak w zasadzie to przyszłem. i to był raczej duży błąd, bo po wszystkim musiałem szorować się pod prysznicem całą noc, by zmyć z siebie obrzydzenie, by zmyć niezmywalne. no bo przyszłem na piwo, a zostałem zgwałcony.

zespoł skowyt jest znany z tego, że podpisał dwa chujowe kontrakty płytowe, a potem opisał swą historię w internecie. wnioski wysnuł trafne choć spóźnione, ale przecież każdy uczy się na swoich błędach. prawdę przepowiedział inny znajomy, który z wnioskami płynącymi z tekstu na blogu się zgodził, ale założył, że muzyka tego zespołu zapewne spowodowałaby u niego niepowstrzymywalne torsje.

zespół odbył dość żenującą próbę dźwięku, gwiazdorską rozmowę na temat podniesienia dachu, oświetlenia, odsłuchów i innych pierdół, a potem zrobił miejsce dla supportu. widziałem sporo ludzi w koszulkach z zespołami w miarę bliskimi mym gustom, więc miałem nadzieję na jakieś wysublimowane i umiarkowane w wyrazie hejterstwo. po supporcie zespół właściwy zaczął zwoływać się na scenę słowami "nie jesteśmy stołnsami, wzywam zespoł skowyt". przaśnie się zrobiło w sekundę. a potem wszyscy ci ludzie w tych wszystkich koszulkach z tymi wszystkimi fajnymi zespołami zaczęli machać głowami, bujać się w ławach, by potem wstać i pogować pod sceną. ludzie trzydziestoparoletni, z żonami, a niekiedy dziećmi. z brodami i długimi włosami. to było ponad moje siły.

ja nie mam nic do takiego grania, nie mam nic do ludzi, którzy tego słuchają, przecież wolno im. nikt mnie przecież nie zmusza, mogę przełączyć radio, odłączyć internet. ale i tak gówna się we mnie gotują, gdy ktoś wciska mi kit. trudno mi uwierzyć w ideowego punkowca-anarchistę, który ze sceny krzyczy, żeby się nie sprzedawać, choć wie że to trudne, bo sam pracuje w korporacji. jakoś mi się to po prostu rozłazi. to tak, jakby joe strummer na koncercie powiedział, że jest kierownikiem regionalnym w żabce. no coś tu kurwa nie gra. ale może ja jestem stary i coś pomieszałem.

siedziałem smętnie nad piwem i patrzyłem, jak pod sceną buzuje pogo złożone z podpitych gimnazjalistów oraz podtatusiałych trzydziestoparolatków i czułem się bardzo nie na miejscu. a gdy potem zespół zagrał cover dezertera ("ku przyszłości" w chujowej wersji z "kapitalistą" w refrenie) zapłakałem w duchu i miałem tylko nadzieję, że siekiera, 1984 i tym podobne są zespołowi obce.

szczerze mówiąc przed koncertem nie podejrzewałem, że skowyt uważa się za zespół tak bardzo punkowy. a skoro już tak jest, to do chuja wacława, słyszeli kiedyś o czymś takim, jak D.I.Y.???? w czasach facebooka, bandcampa i tryliona blogów muzycznych to nie jest skomplikowana procedura. no, chyba że skowyt to zespół punkowców anarchistów pracujących w korporacjach, brzydzących się facebookiem, którzy chcą by ich muzykę puszczało rmf i radio zet. ale nie, bo przecież mają swój fanpage. WTF?!?
Tagi: Skowyt
21:22, krwawy.trzmiel
Link Komentarze (1) »
sobota, 11 sierpnia 2012
GDZIE BOND Z LE CHIFFRE'M W POKERA GRALI.

każdy potrzebuje urlopu. bezrobotny i ten na umowie zlecenia też. i nieważne, że ten na zleceniu mówi na to "wolne" a bezrobotny w ogóle nic nie mówi. potrzebuje i koniec.

moja żona ma inaczej niż ja. lubi nowe miejsca. ja jestem dziadem i najlepiej wypoczywam tam, gdzie zabrali mnie moi rodzice, gdy miałem sześć lat. pełna powaga, zero ściemy. byliśmy tam i w tym roku. kiedyś mi się to miejsce jawiło wakacyjnym centrum wszechświata, a teraz gdy wysiedliśmy z samochodu... ja wiem, że ideał trwa tylko chwilę, a potem wszystko się rozpada, ale jakoś żal. głucha pustka i nieodwoływalne noł fjuczer. zapieksy z mikrofali i plastikowe sztućce, domki z dykty i pufy, w które pierdział sam edward gierek. z drugiej strony pewne rzeczy, mimo że nie zmienione, pozostały piękne. jezioro było, jak dawniej, i las, i statek serwy płynął, niosąc turystów z wypalonymi słońcem mózgami, z oczami jak u śniętych ryb. oczy te mówiły: "strzeżcie się statku serwy, gdyż przynosi on jedynie śmierć i zniszczenie". tak też zrobiliśmy, to zresztą tradycja. od 1986 roku nie pływamy statkiem serwy i w ogóle jakimkolwiek statkiem.
brak atrakcji turystycznych leży na mej karteczce podsumowawczej po stronie zalet. zdecydowanie. z zabytkami różnej maści obcowałem dość namiętnie z różnych odległości i nie mam ochoty na dalsze przytulanki z zamczyskami i spacery z bursztynowymi komnatami. lubię leżeć na pomoście z pyskiem tłustym od wędzonego węgorza, naszego polskiego, a nie taniego chińskiego z delimy. lubię piwo łomża z kija, gdy kosztuje pięć złotych i robi za bajorko dla smażonej sielawy/pstrąga/innej mułożernej ryby. lubię pyknąć w cymbergaja i podtapiać się w zimnej jeziornej wodzie. takie atrakcje świadczą mi o udanych wczasach na polskiej ziemi. a kto uważa inaczej ten zboczony.

po augustowskich nocach z komarami i siedmioma schaboszczakami z albatrosa udaliśmy się na krótką przepierkę, by następnie wyruszyć w strony nieznane, a więc w podróż przygotowaną przez olę. przypominam - ja lubię miejsca, które znam, a ona uważa, że przeciwnie. mieliśmy frunąć do chorwacji, ale się okazało, że nas nie stać, bo teraz tam już drogo i be, a nową chorwacją jest czarnogóra. ok, ja się nie kłócę, ja się nie znam, w świecie nie jestem bywały, nie wiem jak rozbić namiot i nie rozpalam ogniska sandałem i menażką. obiecany był upał, ciepłe morze oraz taniość, więc przystałem na wszystko ochoczo. to se polecieliśmy.

zgodnie z umową, z lotniska odebrał nas pan goran w czerwonej czapce. to był znak rozpoznawczy i zadziałał bez pudła. inni goranowie/zlatkowie/draganowie dzierżyli dziesięciokilowe arbuzy, palmowe pniaki i temu podobne rekwizyty, by być na lotnisku rozpoznanymi przez swych letników. ta czerwona czapka - lekka i przydatna w czasie upałów - charakteryzuje życiowe podejście narodu czarnogórskiego. jak zarobić, a się nie narobić.

przy wyjściu z lotniska stwierdziłem upał. klima w samochodzie gorana niewiele mogła zmienić. pociliśmy się i brnęliśmy bezdrożami w kierunku wypoczynku. goran sejs łid hiz brołken inglisz, dat łi goł hir bikoz noł trafik on de border, jes? jes, jes. ofkors. i rzeczywiście, jakimiś kamienistymi dróżynkami pośród gór dobrnęliśmy do pustego przejścia granicznego i zaraz potem byliśmy w czarnogórze.
na miejscu czekała na nas żona gorana, przeurocza marina, widać że nie z czarnogóry. okazała się być szefem całego zamieszania, a przede wszystkim swojego męża, który miał amputowane ośrodki decyzyjne i na każde pytanie odpowiadał "marina iz de bos". i była to prawda szczerozłota. zakwaterowaliśmy się czem prędzej, z ulgą zaobserwowaliśmy klimatyzator w pokoju i natychmiast wystrzeliliśmy w kierunku plaży.
tamtejsze plaże, połączone z klubami/barami/hotelami nie są tymi z gatunku rajskich. chamskie disko napierdala od świtu do świtu, pizza się smaży, lody topią, a plastikowe humanoidy smarują się olejami i kremami potęgującymi moc słoneczną. trochę nas ten widok przytłoczył, jednak niezrażeni przespacerowaliśmy się wzdłuż wybrzeża i znaleźliśmy miejsce odpowiednie dla nas. bez leżaków/betonu/głośników wielkości kiosku ruchu. kamienie, słońce, morze i my. dużo nas, ale daliśmy radę.
dałem nura do wody, a gdy wychynąłem na powierzchnię i zwróciłem oczy ku brzegowi, mało nie zadławiłem się solanką. bo widoki, proszę państwa, dech w piersi zaparły i niemal łza w oku się zakręciła, ale to nie była łza, tylko znowu ta słona woda. oczy pieką, ale daję nura za nurem, obserwując podmorskie pejzaże i ciesząc się jak dziecko. żona smaży się, jak na patelni, nabieramy kolorów tak, jak cały ten wyjazd.
opodal tej przyjemnej plaży znaleźliśmy bar, w którym nie jebało dicho, zdarzyło się usłyszeć stary massive attack i co nie tylko... jakieś inne ludzie tam przychodziły w ogóle. nie było łysych panów z łańcuchami i rosyjskojęzycznych modelek. były za to cudaki z dreadami i oczkami jak szparki i jakieś wydziarane gołowąsy. uznaliśmy z olą, że tu nam najbardziej będzie po drodze. piwo wszędzie tak samo tanie, więc znakomicie. aaa, młodzież obsługująca mówiła też płynnym angielskim, co w innych miejscach nie jest taką oczywistością. jak już odsłużyliśmy swoje w tym uroczym miejscu z widokiem na morze, zawijaliśmy do przytulnego pokoiku.
i tak to mniej więcej wyglądało. w dzień nic innego jak przebywanie w bezpośredniej bliskości wody nie wchodziło w grę. a po plaży i wchłonięciu czegoś na kształt obiadu (bo upał), wymarsz w kierunku starego miasta, czy też prosto do znajomego lokalu klasy s.
a wszystko to leniwie, jak na monte negro przystało. tu ekspedientce nie chce się wydawać reszty, śmieciarzowi opróżniać kosza, kelnerowi obsługiwać klientów. i niby u nas jest tak samo. z tą różnicą, że oni ulegają tej niechęci i nie wydają, nie opróżniają i nie obsługują. jedyne na czym zależy im w życiu to trąbienie podczas jazdy samochodem. a im głośniejszy klakson tym pokusa jego użycia wydaje się być silniejsza i trudniejsza do opanowania. na ulicy słychać jeden ciągły hałas klaksonowy, mimo że nie ma jakiegoś wielkiego ruchu. ruch byłby jeszcze mniejszy, gdyby kierowcy znali przepisy drogowe. nikt jednak się nimi nie przejmuje, każdy parkuje, jak mu się podoba, rusza kiedy chce i zatrzymuje na skrzyżowaniu, kiedy ma na to ochotę. ola w mgnieniu kierunkowskazu zrezygnowała z pomysłu wypożyczenia samochodu.

po kilku dniach pobytu byłem opalony, jak podczas pamiętnych wykopalisk w czyżowie szlacheckim, a taka opalenizna, to nie w kij pierdział. poszliśmy też któregoś dnia na mule. w telewizji tyle razy się naoglądałem na kuchni.tv i innych, że takie to zajebiste, a z białym winem, a z cytryną ach, kurwa, och. otóż nie. smakuje to jak tektura namoczona słonawą wodą z lekko rybnym posmakiem. koniec. i czy z winem, czy z cytryną, czy z bitą śmietaną syf to jest i tyle. oczywiście ja jestem zaściankowcem i chuja się znam, więc nikomu nie bronię. na pewno warto było po mega taniości spróbować, żeby wiedzieć, że potem po drogości się nie opłaci, a co najwyżej może się zwrócić. ale od tej pory za każdym razem, gdy ktoś z telewizyjnego okienka będzie się do muli oblizywał, próbując wcisnąć mi ciemnotę, to go wyśmieję i zelżę należycie. amen.

wracając do społeczeństwa czarnogórskiego, młodzież piękną jest. gołowąsy o torsach bosmańskich, w kolorze brąz, prężą muskuły i błyskają śnieżnobiałą klawiaturą. dziewczęta podobną prezentują klasę. pokolenie wyżej nie proponuje takich atutów. z muskułami słabo, z klawiaturą żałośnie a i opalenizna jakaś taka bledziuchna.  ogólnie zasada jest taka, że młodzież jest piękna, albo ohydna. nie ma gładkiego przejścia. może tam się nijakich zrzuca ze skały, nie wiem, ale tak to wygląda.
w telewizji mają napisy. tak się uczą języków ponoć. więc albo mało ludzi w ogóle cokolwiek ogląda, albo mało kto umie czytać. oprócz tego mają dużo kanałów z muzyką lokalną. nie ma to rytmu ni melodii. z plejbeku laska zawodzi na taką lekko arabską modłę, podkład się dawno skończył, a ona jeszcze katuje nutki. codziennie, na każdej z plaż komercyjnych występowała jakaś lokalna gwiazda, a moim ulubieńcem został marko bulat. w klipie widzicie go ucywilizowanego, w ubraniu, na zachodni sznyt. ja widziałem go w samych kąpielówkach, jak gibał się niczym rezus, z mikrofonem w garści, z kibordzistą za plecami, ku uciesze miejscowych plażowiczek. ilekroć potem mijaliśmy plakat marka bulata, tyle razy lałem ze śmiechu na wspomnienie jego kąpielówkowego performansu.

na takich to atrakcjach upływał nam słodko czas, aż do momentu wylotu, gdy poczuliśmy co to polska. bo samolot opóźniony, bo potem z krakowa podróż ślimacza. do tego stopnia, że chcieliśmy nocować w jakimś obskurnym motelu prowadzonym przez starą pudernicę i jej męża wpierdalającego bezczelnie kiełbasę przy potencjalnych klientach. gdy pudernica oznajmiła mi, że pokój w jej obmierzłym przybytku na obrzeżach sandomierza, kosztuje więcej niż noc w pensjonacie nad adriatykiem, uderzyłem ją pięścią w splot słoneczny, aż jej mąż zakrztusił się kiełbasą, a ja wybiegłem w popłochu na zewnątrz. z wściekłości na kraj umęczony doturlaliśmy się do samego lublina ciemną nocą.

dwa dni potem śmieszne polskie upały ustąpiły, a w głowie usłyszałem jak szum zimnego wiatru jeeesieeeeeeeeeeń.
09:15, krwawy.trzmiel
Link Komentarze (4) »
sobota, 30 czerwca 2012
CZYM SIĘ RÓŻNI ARTYSTA?

odpowiedź na pytanie czym się różni artysta polski od zagranicznego jest bardzo prosta. tym, czym polski ponoć artysta mateusz krautwurst od luksemburskiego zespołu dream catcher.

krautwurst opierdala producentkę koncertu, bo ta nie ma pudru we fluidzie, żeby mu pożyczyć. ale przecież taki fluid na takie dzioby... przypuszczam, że wątpię. mateusz przy okazji koncertu promuje swoją książkę. gdyby miał wór ziemniaków ze sobą, to też by pewnie chciał odsprzedać. artyście polskiemu nie pasuje akustyka pomieszczenia. właśnie dzisiaj mu nie pasuje i to właśnie teraz trzeba coś zmienić w betonowej konstrukcji budynku. gdy koncert był dogadywany wszystko się zgadzało. polskiemu artyście odsłuchy nigdy nie pasują, zawsze źle brzmią, zawsze jest nie tak, zawsze jest "puszka" (co to do chuja jasnego znaczy nie udało mi się zgłębić, ale nie poddaję się!). bo on bardziej chce słuchać co sam wykonuje, niż wykonywać coś, żeby ktoś inny mógł posłuchać. bardziej interesuje go brzmienie w odsłuchach niż to na frontach. true story. polski artysta ma listę gości i rezerwuje wszystkie stoliki przy scenie dla swoich przyjaciół. mateusz krzyczy na producentkę drugi raz. stacja bolesna. linka łącząca mózg pracownika technicznego z jego ręką zaczyna wydawać niepokojące dźwięki. zaraz może się okazać, że żadnego koncertu nie będzie, bo artysta krautwurst nie wymawia spółgłosek z powodu nagłej utraty jedynek. po występie pozostaje niesmak w ustach i w duszy.

a luksemburski zespół dream catcher? cóż... nie robią żadnej z wymienionych wyżej rzeczy i po prostu przyjechali zagrać dla was kilka kawałków.
09:24, krwawy.trzmiel
Link Komentarze (3) »
wtorek, 29 maja 2012
NURCY NA TROPIE SZTUKI

instytucja nura jest mi znana odkąd pracuję tam, gdzie pracuję. miejsce to zobligowane jest do organizowania darmowych wystaw i wernisaży artystów wielkich, mniejszych i artystów pierdolonych. jak wygląda przygotowanie do wernisażu, szanowni państwo już doskonale wiedzą (bieganie z poziomicami i laserowymi utensyliami, by równo powiesić zdjęcie brązowego czegoś na tle równie lub nawet bardziej brązowym).

gdy wszystko jest gotowe, zapięte na ostatni guzik i nabrzmiałe sztuką przez wielkie "szy" do takiego stopnia, że przy najdelikatniejszym dotknięciu eksploduje w twarz widza, schodzą się rzeczeni nurowie. to jest ten moment, gdy wino białe i wino czerwone stoją już na barze, ale jeszcze żaden z oczekiwanych gości nie przybył. a nurowie nie są nawet nieoczekiwani. oni są niepożądani. personae non gratae, jak uczyła łacinniczka, a nauka w las nie poszła.

nur to odmiana beja. jest to dość sprytna i poinformowana jednostka, wie co w trawie piszczy, gdzie odsłaniają rzeźbę i gdzie przecinają wstęgę. krótko mówiąc, doskonale orientuje się nur, gdzie leją darmowe wino i nie waha się z niego korzystać. wygląda to tak, że zaraz gdy wino pojawia się na kontuarze, pojawiają się nurowie w liczbie od trojga do siedmiorga i zaczynają tankowanie bez wybrzydzania: białe czy czerwone. po dwudziestu minutach wina nie ma. a wernisaż dopiero co nabierać chciałby rumieńców. francuski profesor świeżo po krótkim wystąpieniu na temat twórczości zapomnianego polskiego rzeźbiarza chciałby zwilżyć usta czymś czerwonym i wytrawnym. dupa. no to białym i wytrawnym. dupa dupa. no to winem jakimś, albo nawet piwem. dupa po trzykroć. w tym momencie zza rogu wytacza się natapirowana ruda koneserka sztuki wysokiej. lezie dwiema nogami po podłodze a jedną ręką po ścianie w poszukiwaniu toalety, choć raczej sracza. szybko wypite winko zaczyna ćwiczyć swoje kung-fu na błędniku tapira. tapir-trójnóg (i trójząb) wpada do kuchni, potem zatacza się do szatni, następnie w zupełnej desperacji próbuje do ubikacji pojechać windą, by ostatecznie znaleźć właściwy trop. eureka i wiktoria w jednym. upadek ostateczny oddala się.

nur-dusza towarzystwa zaczepia kustosza wystawy, z początku zadaje mu pytania zupełnie nie podejrzane, by przejść do pytań dziwnych, a skończyć na pytaniach z dupy. dopiero wtedy kustosz stwierdza ze zgrozą, że przez ostatnie dziesięć minut perorował był z bejem czystej wody (by odróżnić go od beja, co to dawno nie widział żadnej wody). przy stole zaś siedzi nur, który wysyła po wino trójnogiego, trójzębnego tapira. taka szara eminencja, która tylko pociąga za sznurki i wciska guziki. jest jeszcze nur-dziadoszek oraz baba, która pakuje kieliszki po winie do reklamówki, ale nie pogardzi też wrzuceniem do niej jakiejś przekąski. luzem. na te kieliszki.

koniec wina oznacza dla nura koniec wernisażu. wtedy nury gromadzą się i umawiają na następną schadzkę. mają roczne rozpiski wernisaży, otwarć, zamknięć, wrogich przejęć i przyjacielskich przyjęć. obstawiają całe miasto, od hotelu przy pekaesie po marriotta. siatka działa sprawnie, wino leje się szerokim strumieniem prosto w bezzębną paszczę.

zawsze lepsze to, niż śmierdzenie w tramwaju.
18:30, krwawy.trzmiel
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 maja 2012
BO CZŁOWIEK MUSI SOBIE OD CZASU DO CZASU POLATAĆ

nie inaczej. niech mnie tylko jeszcze ktoś kiedyś spyta, czy pojadę do wrocławia, lub innego równie odległego miasta pociągiem... nie ma mowy. choć z drugiej strony nigdy nie byłem tak przybity podróżą autobusem miejskim. no bo nie mieści się w mojej ciasnej łepetynie, że z warszawy do wrocławia w czterdzieści minut, a z lotniska do hostelu minut pięćdziesiąt. tak czy inaczej polecam wszystkim wstępującym z pkp na wojenną ścieżkę tanie linie lotnicze oltexpress. śmialiśmy się z ich reklamy, że stewardessy uśmiechnięte w toczkach czerwonych witają pasażerów z uśmiechem, częstują łakociami i co nie tylko. to wszystko prawda. i stewardessy, i łakocie, i co nie tylko. bo potem jest jeszcze darmowa przekąska i napój zimny lub ciepły. choć na napój można się nie załapać, bo samolot już wtedy podchodzi do lądowania.

podróż do europy cywilizowanej zaczęła się więc bardzo przyjemnie i z przysłowiowego kopyta. lotnisko we wrocławiu prezentuje się bardzo przyzwoicie, a zwłaszcza odpałowe szezlongi, z których roztacza się widok na pas startowy. leży se człowiek i se paczy. po przylocie nie było na nic czasu, więc niezwłocznie udałem się na występ amerykańskich artystów estrady, znanych jako sleep. i to była miazga. katharsis. soniczny gwałt odwrotnie zbiorowy. gdzie kilku zgwałciło wielu. bas niski tak, że kichy się we mnie kotłowały, a żołądek obijał o obudowę. przester fedrował sam środek mózgu wiertłami cienkimi niczem szpilki. jak widać - nie da się tego opisać. trzeba było tam być i sporo osób skorzystało z tego przywileju. kto mógł a nie skorzystał niech się lepiej nie przyznaje.

dnia następnego porą przedpołudniową lecieliśmy już do albionu. wyspa surowa i nienawistna przywitała nas deszczem smagającym ryj i temperaturą jesienną. nie daliśmy się jednak zastraszyć i przez cały pobyt mieliśmy nawet dwa prawie wiosenne dni! zrobiliśmy niewielki tour, przewietrzyliśmy rodzinie i znajomym lodówki i barki, zwiedziliśmy ile mogliśmy, głównie puby i po tygodniu lecieliśmy z powrotem. jeszcze tylko ostatnia noc na londyńskim squacie, czego w sumie nie planowaliśmy, ale życie figle płata i tak wyszło, dzięki uprzejmości prawdziwych kolegów.

lądujemy we wrocławiu, by złapać lot do domu. zaraz po zejściu schodkami z samolotu na olę drze się koleś z obsługi lotniska, bo nie idzie odpowiednią trajektorią. następnie bagaż wyjeżdża nie tym pasem co powinien. a potem idę do kiosku i kupuję dwa tigery. kasa liczy swoje, a cena napoju mówi swoje. kioskara zaś mówi mi, że cena jest nieaktualna. pytam się: "jak to?". a ona mi na to, że właśnie idzie ją zmienić. gówno zaczyna we mnie wrzeć. ledwie piętnaście minut na polskiej ziemi i już wkurwienie, a przecież nie było mnie tylko tydzień! to co czują ludzie przylatujący po roku, pięciu, dwudziestu?!? na szczęście są szezlongi z widokiem. siadamy i osiągamy namiastkę zen. potem jeszcze trochę europy zachodniej w olt, znowu łakocie i zero witamin, piękne widoki na polskę, co z bliska parszywa i zła.

a we warszawie ten sam szajs. na bagaż czekamy prawie godzinę. potem z walizą muszę slalomować między debilami, którzy zatrzymują się na środku chodnika i podziwiają piękno architektury estakad, chodnikowych płyt tudzież czerń asfaltu. zen znika, wkurwienie wraca. wsiadamy do autobusu. ludzi tłum, waliz szczęk i spoconej pachy wdzięk. zero klimatyzacji, zero ruchu powietrza, autobus stoi w korku, pora umierać.

z gorzką refleksją docieramy do, bądź co bądź, domu. jest nasze łóżko, jest widok na zieleń za oknem, jest przyjemny chłód. jest dobrze.

zasypiamy wiedząc, że pokolenia nie wystarczy, by w polsce ludzie byli dla siebie w połowie tak mili jak tam.
14:06, krwawy.trzmiel
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 kwietnia 2012
DŁUŻYZNA. NIC SIĘ NIE DZIEJE.

niby nic, a miesiąc o! sobie minął. wiosna na pewno przyszła. gdy wsiadłem do tramwajowego wagonu wypełnionego tylko w połowie, poczułem to z całą stanowczością. znowu dałem się nabrać bejowi na wolne przed nim miejsce. potem z trudem tłumiłem odruch wymiotny i (mejbej! mejbej!) katapultowałem się na pierwszym przystanku. gdy w środkach masowej zagłady jebie - wiosna przyszła.

ogólnie panuje nuda i dłużyzna. w związku z pracą byłem na premierze 'wiedźmina 2' na x-boksa. dawno nie widziałem tylu freaków i geeków w jednym miejscu. widok dwudziestoparoletnich fanów geralta z rivii, walczących o kawałek podkoszulka z zaciekłością godną wygłodniałego troglodyty - bezcenny. gdy tylko pojawiłem się w empiku od razu doleciał mnie bejowski fetor rodem z tramwaju. bej bejowi nie równy, bo to akurat spoceni, wypryszczeni gimnazjaliści korzystający darmowego dostępu do gier wideo. siedzą, pierdzą i się pocą - szczęśliwe matki mogą przewietrzyć w domu. potem obudzą się (gimnazjaliści, a nie ich matki) któregoś ranka i wykonają facepalma z okrzykiem: "dziewczynyyyyyy!!!". ale będzie za późno, bando chuja!

było się na kilku koncertach, a nawet nie tylko jako widz. cóż z tego, skoro gitarzysta obwieścił nam, że z kolei o wokalistę pytała jakaś obśliniona dziewoja. żona może spać spokojnie, bo nikt już nie robi takich pomyłek ---------> LINK.

na domiar złego nawet świadkowie jehowy już mnie nie odwiedzają. totalne dno.
23:23, krwawy.trzmiel
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 marca 2012
DZIADU-DZIADU, KRAKOWSKIE GOŁĘBIE I ALTERNATYWY

było coś takiego, nie? gadu-gadu. w sumie to mam nawet zainstalowane, ale nie używałem w celu komunikowania się z kimkolwiek od ładnych paru miesięcy, a przez ostatnie dwa lata, to pewnie z pięć rozmów odbyłem. fejsbók przejął wszystko.

ale to nic. bo właśnie dzisiaj odbyła się konferencja gg dotycząca nowej odsłony ich aplikacji. po kiego wała - nie wiem, nie pytajcie mnie. zaproszono sto osób, przyszło jakieś siedemdziesiąt - czyli chyba wszyscy aktywni użytkownicy. o czym rozmawiali też nie wiem, bo o czym tu rozmawiać? fb zdaje się być odpowiedzią na wszystkie możliwe pytania. ale może się nie znam, nie jestem przecież informatykiem, nie działam w branży reklamy internetowej i w ogóle, a nawet wogle. jeden z kucharzy skonstatował, że gg jest bardzo popularne. wśród pedofilów.

pamiętam, jak poprzedni właściciel sprzedał gg za jakieś kosmiczne miliony. myślałem wtedy, że nieźle wtopił, bo przecież gg mają wszyscy i nic tego nie zmieni. jednak okazał się sroższym bystrzakiem, bo sprzedał za miliony, a potem był... fejsbók. i teraz te patałachy, co kupiły zostały z tym zgniłym jajem i próbują mi wmówić, że jest gites-elegancko. a ja widzę, że nie jest.

gdy firmom wiedzie się gites-elegancko, to w torbach z podarunkami mają pendrive od 4gb w górę, jakiś dodatkowy gadżet, albo nawet dwa, tonę śmiecia reklamowego i koszulkę. gg miało notes, długopis, czekoladki sztuk trzy i badziewną koszulkę.
gdy firmom wiedzie się kurewsko słodko, to impreza trwa od wczesnego popołudnia do późnej nocy, alkohol jest za darmo, do żarcia są trzy tury ciepłych dań. a tu skończyło się o 15, jedna tura obiadowa, a do picia sok i woda.
no i po pierwsze - gdy firma jest na totalnej fali wznoszącej, to nie robi imprezy u nas.

weekend zaś minął mi w krakowie. najpierw w sobotę siałem zagładę z chłopcami z zespołu w przemiłym lokalu na starówce. w ogóle krakowska starówka to jest jakiś mega cios. ostatnio, gdy tam byłem nie odniosłem takiego wrażenia, a teraz... warszawska ze swoim "życiem knajpiano-restauracyjnym" to jest jakaś czerstwa kpina. pogoda była wzorowa, w niedzielę odwiedziliśmy artystowski do wyrzygania kazimierz, ale też było fajnie. no, może oprócz ciągłego nad uchem pierdolenia o malowaniu/pisaniu, dobywającego się z ust boEmy otaczającej nas i okrążającej zawzięcie. po uroklywych zakątkach krakowskich oprowadzał nas dziarski franciszek, lat 1, z małą pomocą swych rodziców których serdecznie pozdrawiam.

podróż powrotna za to, jak ze złego snu. miewam takie o myleniu pociągów, spóźnianiu się na przesiadkę, pędzeniu po peronie w pościgu za uciekającym warsem itd... po pierwsze był to pociąg relacji kraków - warszawa. po drugie pociąg ów rozdzielił mnie i żonę mą, gdyż niektóre wagony nie były połączone przejściami. gdy ola ruszyła w poszukiwaniu wolnych miejsc ja utknąłem gdzieś z tyłu. potem musiałem we włoszczowie wykonać sprint peronowy, ale resztę podróży mogłem sobie za to siedzieć z całą rodziną. wtem pociąg zatrzymał się w szczerym polu, a następnie zgasły wszystkie światła. to już kurwa nie było wcale zabawne. jak się jednak zapewne domyślacie, do katastrofy nie doszło, a my cało dotarliśmy do dworca wschodniego. a ten skurwiel przywitał nas wichrem mroźnym i dotkliwie smagającym nas po buziuchnach. krakowska wiosna uleciała, ustępując warszawskiej piździawicy.

wczoraj natomiast świetnie bawiliśmy się z olą na corocznym spotkaniu wspólnoty mieszkaniowej. mówię wam - olejta kino, teatr, wernisaże, odczyty, warsztaty, wczasy, koncerty i dancingi. prawdziwa rozrywka czeka na was na takich właśnie zebraniach członków wspólnoty. poziom absurdu sięgnął kosmosu, niezamierzony komizm był fajerwerkowy, a kwiecistość mowy ojczystej porażała i obezwładniała. spotkanie dotyczyło wzięcia przez wspólnotę kredytu na remonty. uroczo sobie dyskutowaliśmy, słuchaliśmy tekstów uchwał, a nawet głosowaliśmy. potem jednak okazało się, że głosowanie było jedynie dla sportu, gdyż zgromadzenie nie osiągnęło odpowiedniej liczby uczestników.

o sabotowanie spotkania podejrzewam przeciwnego kredytowi przewodniczącego wspólnoty - na zaproszeniu na zebranie podano błędny adres. poza tym nie ufam ludziom, którzy na pieniądze mówią "piniendze".
22:02, krwawy.trzmiel
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
To rozumiem, to uważam
Udostępnij