poniedziałek, 23 stycznia 2012
poniedziałek, 02 stycznia 2012
EMERYTEN PARTY KONTRA BAL NA TYSIĄC PAR
spokojnie, spokojnie. żyję, mam się świetnie. dlaczego? bo po pierwsze: nie przejadłem i nie przepiłem się w święta. jak tego dokonałem? sam nie wiem, nie pytajcie mnie, może kiedyś napiszę o tym książkę, jak krzysio ibisz. taki poradnik: "jak świętować i uniknąć operacji zmniejszania żołądka". dodatkowo emerycki sylwester i oto jestem, świeży niczem zefir, bez opuchniętego wątróbska, bez spawaczych oczu, bez wołowych zrazów błąkających się po zakamarkach jelita. nikomu absolutnie nie polecam i nikogo nie namawiam, by, tak jak ja i duszka ma, sylwestra spędził w domu, popijając leniwie a z umiarem alkohole, przegryzając tu i ówdzie pyszną kanapeczkę, dziubiąc niechętnie smakowitą sałatkę i racząc się nowościami kinematografii światowej. to naturalne, że jeden woli obudzić się nad ranem zarzyganym w kiblu na terenie zamkniętego już klubu, a inny spędzić przeuroczą noc na pogotowiu, gdzie założą mu cztery szwy na głowie, której spotkanie z butelką po szampanie przebiegło zbyt dynamicznie. to naturalnie kwestia gustu i nie ma co na ten temat dyskutować, ja przynajmniej nie zamierzam. nigdy nie byłem na sylwestrowym balu. zabawa z grupą obcych i całkowicie przypadkowych osób nie napawa mnie optymizmem. to tak, jak na weselu, gdzie robisz za osobę towarzyszącą. żeby coś się zaczęło dziać trzeba się napić, a potem bywa już tylko gorzej. oprócz tego w robocie, jak się tak solidnie napatrzę na imprezy integracyjne, to odczuwam gwałtowne erupcje mizantropii, biorę wolne i spędzam trzy doby zamknięty w szafie, by odzyskać nieco równowagę psychiczną. taka impreza zawsze wygląda identycznie. najgorzej jest oczywiście, jeśli integracja przebiega na najniższych szczeblach danej firmy. dajmy na to telemarketerzy cyfry+, czy też konsultanci ing. przeważnie młodzi ludzie, chyba o coś obrażeni na pracodawcę, bo gdy nadarza się okazja napić się za pieniądze korporacji zachowują się tak, jakby od jutra alkohol miał zostać całkowicie zlikwidowany, wymazany, skreślony, unieważniony. przydałoby się każdemu po dodatkowym ryju do wlewania wódy zapijanej browarem i drinkiem. do tego napchać się kotletów po samo wieko i po dwóch godzinach są pierwsze ofiary śmiertelne. do tego zarzygane powierzchnie płaskie i wierzajta mi, że to jeszcze nie są najgorsze rzeczy. didżej dorzuca do pieca puszczając w kółko ejs of bejs, koko dżambo i hatełeja. trup ściele się gęsto. jedna pani upada twarzą na pysk, a gdy wstaje z rynien ciekną jej krwawe gluty. to wcale nie przeszkadza jej głupkowato się uśmiechać, podśpiewywać niezrozumiale i puszczać nosem różowawych baniek. ci co nie tańczą, błądzą na czterech łapach po obiekcie w poszukiwaniu szatni/toalety/bufetu/baru. do wchodzenia po schodach potrzebują czekanów, lin i przewodników z psami. do tego nierzadko muszą rozbijać się obozem na półpiętrze - taka to wyprawa, gdy etanol powoli zastępuje w tętnicach krew. kurtka z jednym rękawem wywróconym na lewą stronę staje się zagadką logiczną nie do rozwikłania. postawny pan prosi więc o pomoc ochroniarza słowami: "mam takie coś". ochroniarz radzi sobie z zadaniem nader biegle i już po chwili oddaje panu kurtkę naprawioną. pan spogląda na wynik końcowy, marszczy się cały, czerwienieje na twarzy i wykrzykuje z zapasiewiczowską emfazą: "ja pierrrrdolę!!!". że niby rozwiązanie było tuż lecz i tak uszło jego uwadze o włos. inna pani, potrzebująca już trzeciej kończyny dolnej, by utrzymać równowagę, zmierza do stanowiska realizatorskiego z tacą zastawioną pełnymi wódki kieliszkami. no przecież firma płaci, to można wszystkim stawiać. połowa kieliszków zsuwa się z tacy na konsolety świetlne i dźwiękowe wprawiając obsługujące je osoby w niemałe wkurwienie. pani na to nie zważa i zachęca by się z nią koniecznie napić, bo "ten z brodą jest podobny do jej brata". ten z brodą podłapuje w mig i zaczyna tego brata udawać, na co pani wpada w nielada konfuzję i widać, że kontakt z bazą został bezpowrotnie utracony. hjuston, hjuston mamy duży problem... inny pan po wyjściu z terenu lokalu poczuł się ścigany, więc zaczął uciekać opętańczo. przez trawnik, w stronę murka, o który potknął się i upadł głową na chodnik. przez chwilę nie było go widać, pomyślałem że może się zabił. ale nie, wstał i uciekał dalej kulejąc na jedną nogę i na głowę. widać, jak na otwartej dłoni, że mogłem zrazić się do masowych spędów, gdzie grają alkohol i ejs of bejs. w tym okresie zwykłem pisać o nietrafionych prezentach gwiazdkowych. cóż, w tym roku wielkie rozczarowanie z powodu braku rozczarowań. jedna tylko ciekawostka, mianowicie robot kuchenny braun, który na karcie gwarancyjnej ma wbitą datę zakupu: 12.11.1998. tru wintydż.
piątek, 09 grudnia 2011
SZURACZE - EPILOG
łeee i okazało się. nie ma nad nami peronu dziewięć i trzy czwarte. nikt nie gra w marmurowe szachy, przedstawiające królewskie dynastie w skali 1:1. nie mieszkają tam trolle jaskiniowe, powłóczące jedną, odzianą w lity kamień, nózią. nierozwiązywalna, zdawałoby się, zagadka szuraczy z piętra wyżej, znalazła prozaiczne, trochę smutne, trochę nudne rozwiązanie. bo to nie c.s.i. miami, tylko raczej 07 zgłoś się. nadszedł bowiem dzień, w którym przekroczona została jakaś tam granica naszej wytrzymałości. wolny czwartek, siedzimy, oglądamy filmy, a czujemy się, jakbyśmy oglądali tvn24 na dworcu centralnym. od tygodni przerzucaliśmy się, które z nas tam pójdzie i sprawę wyjaśni, sponiewiera sąsiadów, którzy okażą się wredni i wrogo nastawieni, by tym łatwiej przyszło dokumentne ich zjebanie i absolutne obsobaczenie. aż tu wczoraj po prostu wstałem i poszedłem, by zapukać do paszczy lwa, czy jak to tam się mówi. w naszej klatce, po pukaniu zawsze rozlega się szczekanie. każdy ma minimum jednego psa, po to zapewne, by bronił ich bezcennego dobytku, ukrytego gdzieś za ściennymi panelami, makatkami, dywanami udającymi gobeliny. po szczekaniu słyszę odsuwanie skobli w podwójnych drzwiach i zbolały głos kobiecy, że "kto tam?". skoro widać przez wizjer, że ogolony na łyso chłop, to nie powiem przecież, że ciocia krysia z częstochowy. no to mówię, gestykulując, że sąsiad z dołu. kolejne chroboty przy drzwiach, ostatni głęboki oddech zwierzęcia, które będzie albo atakować, albo rzuci się do ucieczki. mam na myśli siebie, oczywiście. sąsiadka jest niska, ale za to szeroka. kształtem dąży do ideału. kuli znaczy się. przedstawiam się, jest nam obojgu miło, przedstawiam krótką historię mojego z żoną osadnictwa piętro niżej. kobieta słucha w skupieniu, a gdy kończę zdanie, pyta z troską w głosie: "czy coś się stało?". "ależ nie", odpowiadam, "nic się nie stało, ale czy pani coś przesuwa w kuchni?" pytam nieśmiało, z miną wyrażającą jedynie niezręczność. pytanie, gdy tylko opuszcza me usta, wydaje mi się mocno idiotyczne, ale nic to, bo widzę skruchę pomieszaną z troską i zakłopotaniem na twarzy sąsiadki. "tak! przesuwam, proszę pana. krzesło metalowe.". jak widać, odpowiedź też dość dziwaczna. czyli jest szansa na porozumienie. pani okazała się być pracować w domu, do późnych godzin nocnych. pracuje głównie przy kuchennym stole. nie pytałem, co dokładnie robi, bo to już nie mój interes, póki nie nituje blachy, albo nie podkuwa koni. w każdym razie, z racji swojej wagi, siedzi na masywnym metalowym krześle, które, wstając, bezceremonialnie przesuwa po podłodze. co śmieszne i smutne zarazem, to doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że ma nowych lokatorów pod sobą. ale skoro nikt się nie skarżył, to myślała, że nam nie przeszkadza ten turbołoskot. a skoro przeszkadza, to jeszcze dziś wieczór uda się do hurtowni filcu, by wyciszyć nim niesforny zydelek. koniec. przeleciały mi przez głowę wszystkie 'kurwy', które rzuciłem w kosmos, słysząc znajomy jazgot oraz wszystkie przewroty na drugi bok, gdy budziłem się, z nieznanych powodów (kobiecina często pracuje nawet do trzeciej rano!). załkałem cichutko.
wtorek, 08 listopada 2011
SYRENA
ludzie zadziwiają. każdego dnia. zadziwia sąsiadka z góry, która, mimo tony nadwagi gramoli się na trzecie piętro, tylko po to, by ciągać i pchać królewskie trony po podłodze z terakoty. mimo upływu miesięcy, naprawdę, codziennie mnie to dziwi. bardzo już wkurwia, ale nadal niepomiernie dziwi. sam się dzisiaj zadziwiłem, gdy okazało się, że pieszo pokonuję drogę do pracy w takim samym czasie, jak autobusem. myśli sobie człowiek: "dwieście dwadzieścia złotych za bilet miesięczny! dlaczego?!?". zadziwił mnie fan doom metalu na koncercie. najpierw sponiewierał się alkoholem do uśnięcia. musiała mu się przyśnić wizyta w toalecie, bo potem szalał pod sceną, a na spodniach jego widniała plama w kształcie nieodkrytego dotąd kontynentu. gdy rzeczywistość wyostrzyła mu się, powziął jedyną słuszną decyzję i po prostu zniknął. dziwna wydała mi się obecność marii seweryn na premierze nowej książki marii nurowskiej (znanej mi tylko z pracy polskiej powieściopisarki). no bo zapraszają aktorkę, która ma przeczytać fragmenty książki, ale zapominają zaprosić słuchaczy. może aktorka wcale nie miała czytać na głos? tak czy inaczej to było najdziwniejsze wydarzenie kulturalne, w którym wziąłem udział. były też cztery inne osoby. zdziwiło mnie, że jacek piekara jest takim bucem. a marcin meller takim. i zdziwiło mnie też to, że mnie to zdziwiło. jednak najbardziej zdziwiło mnie to, że ktoś szukał na tym blogu odpowiedzi na arcyważne pytanie: "jak zmienić d.n.a. człowieka w d.n.a. syreny". mocne.
niedziela, 16 października 2011
NIE WIEMY CO SIĘ STAŁO Z PAŃSKIMI PIENIĘDZMI I CO NAM PAN ZROBI?
przy wyborze kredytu kierujesz się jego atrakcyjnością. zgadzasz się na masę rzeczy, byle tylko płacić mniejszą prowizję, mniejsze ubezpieczenie, wszystko mniejsze. a potem przenosisz się, nolens volens, do nowego banku i zaczyna się horrorpunkowa jazda bez trzymanki. dojcze bank kojarzył mi się dobrze. niemiecki na wskroś. znaczy solidny, porządny, na czasie i w ogóle. gówno dupa chuj. płacąc przez internet za bilet na busa oczom mym ukazał się komunikat: "operacja może zostać wykonana od poniedziałku do piątku w godzinach od 9:00 do 17:00". szczęka mi opadła z hukiem. bank daje zdrapki do przelewów. sobie gramy w statki. wpisz numerek z pól c8 i g3. ja rozumiem, że to w sumie najbezpieczniej, ale ja jebię... gdy tylko w pko bp przesiadłem się na smsy, musiałem zmienić bank i znowu wpaść w kloakę zdrapek. dzisiaj natomiast zrobiłem przelew za internet. potem przypomniałem sobie, że warto byłoby zapisać dane kontrahenta na zaś, żeby nie wklepywać za każdym razem, tylko mieć szablonik i nie tracić czasu. wchodzę w historię przelewów, a tam pustka. przelew nie widnieje. dam mu czas, myślę. dam mu chwilę, niech sobie przemyśli. sprawdzałem pięć razy i dupa. trzeba więc dzwonić do ekspertów z infolinii. są 24 godziny na dobę na nogach, by powiedzieć ci: "na pana miejscu ja bym poczekał". to samo powiedzieli oli, gdy po aktywacji karty kredytowej w zakładce "karty kredytowe" nadal widniała nicość. czeka do dziś, bo nikt nie umie poradzić niczego nowego. zacząłem dumać nad tym, jak to do chuja pana jest możliwe? że w mbanku masz to wszystko bez jęczenia, a tutaj jest zgrzyt zębów i rwanie włosów z dupy. i w końcu mam! to proste, tak samo, jak sztuczki copperfielda. jeśli schował babę do skrzyni, a ta wychodzi z widowni, to znaczy, że ma dwie takie baby, bliźniaczki jednojajowe, koniec i kropka. a jak to wygląda w banku? otóż konto internetowe jest internetowym tylko z nazwy. tak naprawdę siedzący w dojczebankowym boksie pan janusz dostaje informację na maila, że taki to a taki niewygodny kutasisko chce przelać tu i tu swoje nic nie warte pieniądze. janusz bierze blankiet, przepisuje dane do przelewu, idzie na pocztę i robi ten przelew. stąd, gdy janusza nie ma już w pracy, wyświetla się informacja, że można, owszem, ale w wyznaczonych godzinach dni roboczych. dlatego też ja sobie poczekam do jutra, jak janusz wpadnie do roboty i zobaczy, że znowu mu truję dupę i raczy wpisać w komputer: "przelew przekazany do realizacji", czym zwróci mi sen spokojny i potwierdzi moją januszową teorię.
piątek, 07 października 2011
DRIVE
z cyklu "grażynka torbicka poleca": "drive". jeśli nie widzieliście, rzućcie wszystko i idźcie do kina, albo i nie idźcie, ale zobaczcie koniecznie. i do tego ta śmieszna muzyczka, która robi kilotony klimatu.
poniedziałek, 03 października 2011
REMONT. EPILOG.
prawa fizyki nie ułatwiają zemsty. nie można zalać sąsiadów mieszkających wyżej. takie są zasady i niestety trudno ich nie przestrzegać. znacznie prościej (choć też trzeba się trochę napocić) zalać tych z dołu. potwierdziły się głębokie analizy mej osobowości, dokonywane przez nauczycieli w szkole podstawowej - lubię sobie pójść na łatwiznę. źle wkręcony syfon prysznicowy, mało że pokaleczył mi dłoń tak, jakbym włożył ją do zlewozmywakowego młynka na odpady, to jeszcze stał się powodem do bliższego zapoznania z sąsiadami z dołu. przemili państwo, nie przejmując się metrażem identycznym z naszym (minus kilka ścian) prowadzą sobie dość srogą menażerię w postaci dwóch psów, syna, szwagra, szwagierki, ich berbecia i królowej matki. psy zapewniają sąsiadom zapewne to, co nam herezje cywilizacji w postaci air-wicka waniliowego. no, może trochę bardziej szczypie w oczy, ale sąsiedzi raczej nie wyglądali na przejętych. znalazłem się, wbrew swojej woli, w oku tego rodzinnego cyklonu, poinformowany przez andrzeja (hmmm, andrzej a nie andżej!), że zaciek, że woda, że po rurach, że w sumie to nic się nie stało, ale lepiej żeby. i tu szybka akcja, bo szwagier to hydraulik, żabkę pięciokilową nosi za paskiem dwa cztery ha na dobę, więc ciach, bach, szwagra ręka znika w odpływie, a w zamian pojawia się ład, porządek i suchość. w hydraulicznych piruetach szwagier maceruje nam naszą ultra-wolno-opadającą deskę klozetową, w wyniku czego z nazwy znika jej "ultra-wolno", ale nic to. ważne, że nie trzeba kuć, murować, budować, remontować. w międzyczasie andrzej stwierdził ze sporym zdziwieniem, że nasze mieszkanie, mimo że ma taki sam rozkład, jak ich, to nic na to nie wskazuje. uderzył dłonią o dłoń i wybiegł w pośpiechu, by za moment przyciągnąć swą połowicę i oprowadzać ją po naszym mieszkaniu, jak po zamku królewskim. i właśnie wtedy napięcie okołoremontowe zeszło z nas chyba doszczętnie. bo oto ZAZDRASZCZAJĄ!
środa, 14 września 2011
PRALI BOJĘ
ok, potwierdzam to oficjalnie - mamy szuraczy. sąsiedzi z góry posiadają albo atrofię mięśni kończyn górnych, albo granitowe krzesełka. no bo przecież nie da się krzesła podnieść i postawić na właściwym miejscu, o nie, trzeba nim wyorać rów w podłodze. budynek trzęsie się regularnie, szuracze szurają od szóstej rano do godzin nocnych. nie wiem, może się poprzyklejali do tych krzeseł i weszli z nimi w jakąś głębszą symbiozę. szuracze sobie siedzą, krzesła sobie zwiedzają apartament, fajno jest. w sobotę, około północy, do mało ambientowego szurania dołączyli odgłosy nocnego pranka. praleczka zaczęła tour w okolicach łazienki, a wirowanko miała jakoś bliżej kuchni. wirowała długo i wytrwale doprowadzając do szału także innych mieszkańców. jeden sąsiad eksplodował kaskadą skurwysynów w stronę trzeciego piętra, a potem osobiście się tam pofatygował, dorzucając kilka soczystych kurew, przetykanych tu i ówdzie przepięknym, pierdolonym chujem. występ ten zdeprymował pralkę i dał jej minus tysiąc do obrotów na minutę. nastała cisza, a następnego ranka w oknie szuraczy pojawił się różowy sztandar miłości do wszystkich sąsiadów, wykonany z suszącego się prześcieradła. ku swej uciesze i radości, obserwujemy szuraniowy odwrót, czy tam regres. można mieć pewność, że nie potrwa wiecznie, ani nawet do jesieni. cieszymy się jednak tym, co mamy. a mamy zgniłą pralkę. konkretniej pralka ma zgniły fartuch. fartuch to część wymienna, nie martwmy się. przyjdzie henryk zając, błyśnie bladą dupą w ekwilibrystycznym ukucu, skasuje trzy stówy i pralkę nam wskrzesi. za dwa tygodnie. jeśli mamy szczęście i fartuch do naszego modelu pralki jest jeszcze dostępny we wszechświecie. jeśli nie - prać w zgniłej, lub kupić nową. tu natrafiamy na problem, gdyż pralki do zabudowy są znacznie droższe od tych zwykłych. "prali boję" nabrało jeszcze bardziej złowieszczego wydźwięku. zamontowane były drzwi łazienkowe. przesuwne szklane drzwi łazienkowe to sprawa dla odważnych, wierzajta mi. pomijam fakt, że jeszcze nie działają, gdyż cwańczyk służący jako dystansik/ogranicznik, tudzież podłogowa prowadniczka, przykleił się bardziej do drzwi niż do podłogi i kompletnie nie spełnia założonej przez pana montera funkcji. jutro, panie janie kochany, jutro ma być załatwione. jeśli drugi raz z rzędu będą to próbowali przykleić na ten śmieszny żel, o konsystencji tylko trochę gęstszej niż ma plwocina, to mogę się zdenerwować. tak więc ciśnienie rośnie, ciśnienie spada, jak to w życiu, szuracze zaczęli wieczorną sesję, więc to znak, że już grubo po dziewiątej, po co mi zegar ścienny, skoro mam zegar o powierzchni całego sufitu? trochę dziwnie bije, ale za to punktualnie i bezwzględnie. ostatnio trochę ciszej, ale bije. tym właśnie akcentem żegnam się i łączę w bólu ze wszystkimi, którym przyszło mieć nad sobą sąsiadów. dołączyłem właśnie do waszej grupy, jestem nowy, nie wiem czy sobie poradzę...
czwartek, 25 sierpnia 2011
REMONT BICZEZZZ!!!
remont, jest jak pogrzeb. każdy o jakimś słyszał, w kilku mógł nawet uczestniczyć, a przychodzi czas, by zostać jego organizatorem. i ja tego nikomu, kurwa, nie życzę. no, może gdybym był batmanem, to chciałbym, by joker został wplątany w jakąś generalkę z wyburzaniem. ale tak o, to chyba niekoniecznie. w naszym świeżo nabytym mieszkaniu, gdzie uwijemy sobie godny kokon życiowy, ola zarządziła (nie, przecież nie ja, ja jestem minimalistą) generalną demolkę łazienki, połączoną z odświeżaniem całej reszty. "dwa tygodnie i po krzyku". jesteśmy w trzecim tygodniu remontowej zawieruchy, a to, co wydawało się być światłem w czarnym tunelu, okazało się być jedynie refleksem słonecznego promienia igrającym na ostrzu pneumatycznego młota. w prlu było łatwiej. remontowało się, gdy rzucili kafelki. przeważnie nie rzucali. a jak rzucili, to wszyscy się na nie rzucali i wszędzie był remont, wszyscy mieli równie przejebane i nikt nie narzekał. a teraz? budujesz, remontujesz, urządzasz, umierasz. jeździ się po całym mieście, bo "mozaika tam i siam miała lepszy odcień, bo była matowa, bo chuj mnie strzeli jasny". leci pierwszy tydzień "urlopu", a ja wiem, że jak uda nam się z drugiego uszczknąć choć trzy dni, to będzie sukces większy, niż gdyby podopieczni smudy w amoku totalnym zdobyli jakieś mistrzostwo czegoś. osobnym rozdziałem wśród horroru zakupowego jest ulica bartycka w warszawie. wjeżdża się na teren "centrum budowlanego" i to jest coś na kształt ośrodka wypoczynkowego z lat 60-tych ubiegłego wieku, tylko że w domkach letniskowych zbitych z paździerza i krytych papą, siedzą sprzedawcy tapet, glazury, farby i innego śmiecia drogiego sercu każdemu remontowemu freakowi. proszę sobie wyobrazić blaszaną budę, nagrzaną sierpniowym słoneczkiem do temperatury stu trzydziestu stopni, w której to budzie jedynym wystrojem jest wanna za trzydzieści tysi i małe biureczko sprzedawcy. no ja jebię! wszystko inne jest na zamówienie, bo przecież przestrzeń magazynowa żadna, a czymś klienta trzeba do siebie przekonać. "paaaanie, tu cały wilanów kupuje, cały ursynów!" pani od tapet zbyła nas w ciągu pięciu sekund litanią: "nie ma, nie wiem, po takie tanie to do hipermarketu". zrobiła to w chujowym stylu, noty za styl poniżej piętnastu, bo bez telemarku itede, ale rada była trafiona. wystrzeliliśmy się z bartyckiej w stronę najbliższego hipermarketu budowlanego i tam odetchnęliśmy wchujkroć, bo klima, bo od ręki, bo obsługa milsza i można się odlać w toalecie, a nie za blaszaną budą. limit wulgaryzmów zdaje się wyczerpywać, ale muszę podkreślić, by się odciąć: hwdbartyckiej. gdybym to ja sam miał stanąć na łazienkowym placu budowy, to ochujałbym w try miga. mamy wynajętą ekipę w postaci rzutkiego przybysza ze wschodu, buddystę zen, oazę spokoju i krynicę czilałtu. na nowe pomysły, nagłe zmiany koncepcji, przechyły od stylu prowansalskiego do skandynawskiego, czy innego tam śródziemnomorskiego reagującego co najwyżej uprzejmym uśmiechem. aż mi żal chłopaka, bo każdego dnia jest chudszy, mizerniejszy i spojrzenie ma jakby pustsze, ale nie ma letko, samo się nie wyremontuje. gdyby remontu było komuś mało, to mam tygodniową awarię internetu. awarię dziwną, bo nie całkowitą. otóż transfer z przyrzeczonych pod groźbą przypalenia stóp ośmiu megabitów spadł do megabitów zero koma zero osiem, w porywach do niewielu więcej. dodzwonić się na infolinię nie jest łatwo. co dziwne automat badający skuteczność pracy konsultantów dzwoni do mnie tylko wtedy, gdy nie uda mi się nawiązać połączenia i daję za wygraną po wysłuchania trzech rundek uszojebnej muzyczki na czekanie. zgodnie z prawdą odpowiadam sumiennie na każde pytanie: "nie, kurwa", wciskając dwójkę. pierwszy konsultant przydzielił mi techników. okazali się być wirtualni (ha ha, taki internetowy dżołk!). drugi zwalił całą winę na mnie, niemal oskarżając o nałogowe oglądanie pornoli w necie, co z pewnością przysporzyło mojemu komputerowi wrogiego oprogramowania spowalniającego działanie internetu. "ale to niby w piątek po południu to oprogramowanie zaczęło mi szkodzić?" spytałem naiwnie, a pan odpowiedział prosto i zwyczajnie: "no najwyraźniej". trzeci konsultant wezwał techników po raz drugi. ci też okazali się być wirtualni (ha ha ha!). konsultant czwarty trzeźwo zauważył, że wysłano już w moim kierunku dwa oddziały wirtualnych techników, więc on w tej chwili wysyła faks, który tych wirtualnych fachmanów urzeczywistni. "techników wysyłamy zawsze w ciągu dwudziestu czterech godzin", więc okaże się jutro, jak silne jest kung-fu czwartego konsultanta. a z rzeczy mniej nieprzyjemnych, ale bez przesady, to przed wolnem uczestniczyłem we wspaniałym koncercie projektu warszawiak. wynudziłem się, jak janosik w szwajcarii, skonstatowałem, że to jednak wielka ściema, że jeden klip z nikogo artysty nie zrobi (chyba że z autora klipu). do tego mierził mnie szymon borowicz pląsający po scenie niczym vince clark w najlepszych latach, z podobnem sznytem choreograficznym, określanym w niektórych kręgach jako "zwykłe pedalstwo". w pewnym momencie mało brakło, by cały projekt się sam zamknął, bo lider wskoczył nieopatrznie na głośnik basowy, który nie był do tego nawykły i dość straszliwie się bujnął. już wizualizowałem sobie mózg rozwleczony po schodkach i gimnazjalistki zbierające go w szale swej fanowskiej miłości bezwarunkowej. nic z tego jednak, sytuacja została opanowana. trudno, nie można mieć wszystkiego. to już wolę sobie przy sobocie chopina posłuchać, bo nikt mi nie będzie wmawiał, że to nie jest chopin. a tu, patrzę na lud zebrany, by chłonąć kulturwę i widzę, jak zamiast tego serwuje mu się odgrzewany kotlet, który nawet nie jest smaczny, a lud sam przed sobą udaje, że to delicje, a nie zakazane kurwa piosenki, tylko podbite hiphopowym bitem i wyryczane miast zaśpiewane, po raz tysięczny przemielone i zaserwowane ponownie do urzygu. w przerwie występu słychać, jak cygan po drugiej stronie ulicy napierdala na harmoszce to samo co projekt warszawiak, tyle że na harmoszce, w dziwnym tempie i z barokowymi ornamentami. i czuję, że to jest lepsze, bo cygan nie spina pośladów tylko jedzie z koksem, a ma tylko harmoszkę na swych usługach. bez samplerów, gramofonów, wzmacniaczy, pogłosów, delayów, chujów i mujów. i od takich akurat rzeczy na mym cudownym wywczasie w środku miasta odpoczywam cudownie, przy akompaniamencie wirtary udarowej i szczęku młota o mesel.
sobota, 06 sierpnia 2011
CZY NIE DOBIJA PANA TA MUZA?
w związku z robotą, muszę przyglądać się z bliska wakacyjnemu cyklowi pod wdzięczną nazwą "letnie milongi". polega on na tym, że zbieranina domorosłych tancerzy przez trzy godziny szura mi po scenie w takt argentyńskich empetrójek nikczemnej jakości. jest to niby tango, ale powiem wam w tajemnicy, że niewidomy al pacino w parze z manekinem, zamiótłby wszystkich uczestników pod dywan i nawet by tego nie zauważył. on dodatkowo pewnie nie spędził połowy życia ucząc się kroków. może sekret tkwi w poziomie nauczyciela. nie wiem, nie znam się. siedzę sobie ze wzrokiem wbitym w drewnianą podłogę sceny, w myślach lecą mantry przyśpieszające upływ czasu. wszystko na nic. podchodzi organizator, spocony jak wieprzek i, by zagaić, pyta czy nie dobija mnie ta muza. a może, z racji pracy, już się po prostu uodporniłem? jaka, kurwa, muza? człowieku, powiadam sobie w duchu, w piątki mam te wasze tanga, w soboty trzy godziny z chopinem (co tydzień te same kawałki, które powtarzają się nawet jednego dnia), w czwartki koncerty zespołów, które najchętniej zakopałbym łopatą pod płotem. dodatkowo raz na pół roku jest kilkudniowy masochistyczny maraton pod tytułem "wszystkie mazurki świata", gdzie zespoły ludowe z całego kraju, bez snu, napitku ni jedzenia katują rzeczone mazurki z zaciekłością stalina. jednym ciągiem. przez pięć dni. bezwzględni artyści pokroju pana henryka (lat sto dziewięćdziesiąt trzy), który piłuje skrzypeckami w górę i w dół, gdy tylko dostanie je do ręki, a przestaje, gdy mu się je wyrwie siłą. inni korzystają z przerw na kawę, czy papierosa, a pan henryk sieje zniszczenie bez ustanku, sam jeden na scenie. niepokonany. oprócz tego mamy przeglądy dla uczniów szkół muzycznych, popisy samozwańczych mistrzów didżeingu, przaśnych hiphopowców, kartoflanych dżezmenów, pretensjonalnych wokalistów sołlowych (bo na pewno nie soulowych) i tak dalej i dalej, aż zamknie się okrągły rok. tak więc nie, "ta muza" mnie nie dobija. mam ją głęboko w dupie, gdyż tak naprawdę w ogóle mnie tu nie ma (sztuczka jedi) i tylko równo o dwudziestej drugiej pojawiam się na powrót, by zakończyć wam imprezę, posprzątać po was, zwinąć sprzęt i pojechać do domu.
wtorek, 02 sierpnia 2011
SZPITAL NA PERYFERIACH ZDROWIA PSYCHICZNEGO
nigdy we własnej sprawie (odpukać) nie leżałem w szpitalu. moje kontakty ze służbą zdrowia ograniczyły się do jednej poważniejszej wizyty, gdy miałem nos za uchem. nie podobało mi się na tyle, by marzyć o rychłym powrocie. moja ola nie miała takiego szczęścia i w zeszłym tygodniu odbyliśmy wielką pardubicką po warszawskich szpitalach, nocnych dyżurach i oddziałach ratunkowych. po pierwszej z wizyt, gdy pacjentce dolegał obezwładniający ból kręgosłupa, doktor o imieniu jak z powieści awanturniczej wypisał chorą bez diagnozy i, gdybym mu nie przypomniał, odesłałby do domu bez aplikacji środka przeciwbólowego. o zwolnieniu z pracy nie wspominam. cały dzień leżenia na kozetce, nakłucie lędźwiowe (błyskotliwe podejrzenie okazało się być jednak mętnym bełkotem), wenflony, pobieranie krwi. krótko mówiąc spierdolone dwanaście godzin pięknego dnia. i teraz, niefortunne nakłucie lędźwiowe spowodowało powstanie łańcucha kolejnych bardzo niefortunnych zdarzeń, w wyniku których liczba siwych włosów na mojej głowie znacznie wzrosła. skutkiem ubocznym takiego nakłucia jest, u większości pacjentów, specyficzny ból głowy. ból pojawia się, gdy pacjent się pionizuje i znika, gdy leży pokotem. lekarz-neurolog polecił nam na szczęście saridon i w ogóle kofeinę, jako cudowny środek na rzeczoną dolegliwość. ból pojawił się na drugi dzień po badaniu. no to pacjentka ciach saridonik, ciach kawuśkę. ból nie przechodzi. no to drugi saridonik po odczekaniu ilości godzin z ulotki. ból nie przechodzi. pojawia się za to ostry ból żołądka. pacjentka wygląda, jakby zaraz z jej trzewiów miał wyskoczyć obcy. niżej podpisany wpada w panikę. właśnie mieliśmy się układać do snu, a tu takie sajgony, tragedie i katastrofy. dzwonię na 999, naświetlam sytuację, pani podaje mi numer, pod który mam zadzwonić, bo tam przyjmują teraz takie przypadki. dzwonię pod numer, naświetlam sytuację, pani każe mi przywieźć żonę taksówką. tak jest! przyjeżdżamy, a ola chodzi po ścianach, jak opętana. młody lekarz na dyżurze wpada w panikę i każe jednej z poplecznic wezwać pogotowie w trybie natychmiastowym. przyjeżdża pogotowie, wysiadają wyluzowani sanitariusze. rozumiem, że muszą być znieczuleni, bo gdyby do każdego przypadku podchodzili, jak ludzie, to po jednym dniu pracy lądowaliby w wariatkowie. - zapraszamy panią do karetki. - żona nie bardzo może chodzić w takim stanie. bardzo ją boli, jak wstaje. - ale przecież tutaj jakoś z taksówki doszła! tak to mniej więcej działa. po to jest nas troje sanitariuszy, żeby sobie pomagać, c'nie? człowiek naogląda się ostrego dyżuru, czy innego house'a i chce wsiadać z cierpiącą żoną do ambulansu. debil. przepisów nie zna? przecież tylko pacjent jest ubezpieczony podczas jazdy karetką! taksówkę niech sobie wezwie. no to wezwałem. kolejny szpitalny oddział ratunkowy. w okolicach północy, na pradze, nie jest to "a place to be". wyczuć można rzygowinę zmieszaną z odchodami, panuje ogólny tremens i podenerwowanie. żule trzęsą się pod kocami grzewczymi, złamane nosy/ręce/nogi, alkoholowe padaczki i inne intrygujące przypadki ścielą się gęsto. obsługa jest miła, jak w pięciogwiazdkowym hotelu: - dobry wieczór, przepraszam, przywieziono tu niedawno moją żonę, chciałem się zapytać, czy wszystko z nią w porządku. - niech pan zaczeka! zaraz ktoś przyjdzie i powie. to jakaś pani w białym kitlu, która była pochłonięta przez komputer. może pasjansa układała, może czatowała na fejsie, w każdym razie chuj z hipokratesem i jego przysięgą. po czterdziestu minutach, kolejnej w tym tygodniu kroplówce, mogłem zamawiać kolejną taksówkę. lekarze tym razem stwierdzili ostry nieżyt żołądką spowodowany reakcją na saridon. cudownie. kiedy już dojechaliśmy do domu, ola zaczęła się skręcać ponownie, mi ręce opadły. zadzwoniłem raz jeszcze na pogotowie, pan powiedział mi, żebym nie panikował, bo to pewnie coś z treścią żołądkową i samo minie, ale jak bardzo chcę, to mogę JESZCZE RAZ wezwać karetkę. tylko po co? najwyraźniej sam mogę równie dobrze postawić jakąś chybioną diagnozę, dajcie mi tylko wenflon i kroplówę, to się pacjentką zajmę równie dobrze, jak wy. życie uratowały nam resztki leku przepisanego kiedyś przez lekarza w podobnym przypadku. padliśmy na pysk, a ja trzy godzinki potem jechałem już do roboty. po tej upojnej nocy do wyleczenia mej pacjentce pozostał tylko ból głowy. przypomnę, że pojawił się jako efekt nakłucia lędźwiowego, które wykonane było w celu potwierdzenia mylnej diagnozy. ból pleców, z którym przyjechaliśmy do szpitala w pierwszej kolejności pozostał bez wyjaśnienia. obok kolejarzy wpisuję w moim czarnym notesiku pracowników państwowej służby zdrowia. możecie sobie dalej jęczeć, że jesteście kiepsko opłacani, nie śpicie całymi tygodniami i co nie tylko. z tego co wiem, najmniej zarabiają pielęgniarki, a one jakoś wykonały swoją pracę, jak należy. gdybym stawiał tyle mylnych diagnoz na godzinę, to też miałbym problemy ze snem, bando chuja. żeby się bawić w doktora house'a to trzeba mieć potężne zaplecze i znacznie bliżej do łba. ból głowy zniknął z piątku na sobotę - pięć dni po zabiegu. gdybyście więc się kiedyś zastanawiali, co by tu sobie cyknąć, to nakłucie lędźwiowe odradzam.
środa, 27 lipca 2011
gore! gore! gore!
żeby jakoś oderwać się od natłoku nieszczęść, którymi rzyga telewizor (smutek dilera amy winehouse razy żal diablo włodarczyka, że korzysta z depresantów, których nie sprzedają w opakowaniach po 50 tabletek razy jedyna poważna w tym zestawieniu norweska hekatomba) polecę wam, moi mili muzyczkę. francuziki raczej nie należą do nacji, która często przewija się w moim winampie. gdy się głębiej zastanowię, okaże się pewnie, że ostatnio słuchałem, wbrew własnej woli, jacquesa brela, ale potem okazał się on być belgiem. z drugiej strony nie znam francuskiego, a wielu francuzów parska gniewnie na angielski, bo przecież cesarstwo i napoleon. nie przebijają się więc do mych usz francuskie okołorockowe bendy śpiewające po angielsku. statystyka jest jednak nieubłagana i kiedyś takie przebicie nastąpić musiało. a kiedy już nastąpiło, to zerwało beret z głowy i urwało dupę poniżej kolan. nie, nie, nie spodziewajta się jazdy na dwie stopy (dżekson?), growlu i ściany miażdżących gitar. niz z tych rzeczy. czasem bowiem gniotą mnie też takie psychodeliczno-rozmyte i zajebiście melodyjne klimaty. kto wie, być może gdyby nie ja nigdy nie mielibyście szansy? chociaż... facebook może zadziwić. włala! przed szanownym państwem MARS RED SKY. p.s. polecam potem wpisać to i owo w wyszukiwarce filestube.com, a potem, gdy zespół przyjedzie do nas na koncert (a mam nadzieję, że przyjedzie) - kupić album.
poniedziałek, 11 lipca 2011
HORROR SWAMP PARK
człowiek się jednak szybko starzeje. dwadzieścia lat temu, gdyby coś takiego mi się przydarzyło pod oknem, to bym sikał z radości. dwadzieścia lat znacząco zmienia perspektywę. mili państwo przyjechali pewnego deszczowego wieczora i tak zostali do dziś. przez pierwszy tydzień rozstawiali się w naszych uroczych błotach, a deszcz pięknie padał i niweczył ich wysiłki. ciężarówy tonęły w bagnisku, w panice dookoła biegali ludzie jak owady, ludzie bez imienia. przerażony księżyc, przerażony ja. nie utonęli jednak. pewnie nie pierwszy raz ktoś wyznaczył im nieprzyjazne grunta na osadę. twardzi nomadzi nie wymiękają, tylko walczą. minął tydzień i oczom mym ukazały się samochodziki na prąd, obrotowa łódź wikingów, po której rzyga się po horyzont, karuzela-fala z siedziskami pod parasolkami, pałac luster (tym razem nie dałem się zwieść - to barakowóz!), strzelnica i masa innego badziewia, za które dziecko prl'u dałoby się końmi rozciągać. nikt nomadom nie powiedział, że wojna się skończyła, że mamy coca-colę w każdym spożywczaku, że są komputery, internet, chipsy i nadwaga. całe to wesołe miasteczko wygląda jakby właśnie wynurzyło się z naszego pięknego osiedlowego bagna, a nie walczyło by się w nie nie zapaść. bagno przeniosło je z lat dziewięćdziesiątych prosto w dwudziesty pierwszy wiek. razem z tą koszmarną muzyką! nie wiem jaki jest zamysł puszczania tego ścierwa. dr. alban, mr. president, ace of base, bonnie tyler i reszta mają mnie przekonać, żeby do miasteczka zawitać, czy zmusić mnie, bym w nim pozostał, gdy już się tam znajdę??? czy ja jestem jebany marek sierocki? on chyba mieszka w innej części miasta. wiem, że niebezpieczeństwo, że dreszczyk emocji, że adrenalina, ale bez przesady. gdy widzę kolesia, który po każdej rundce zrobionej przez zardzewiałą łódź wikingów, włazi na nią i bije w nią młotkiem, gmera w niej śrubokrętem i z dezaprobatą kręci głową, to nie mam ochoty, by ta łajba wzniosła się na wysokość czwartego piętra ze mną na pokładzie. każde jedno urządzenie wygląda, jak kompletny szajs, który lada chwila rozpadnie się na moich oczach. gdyby twoje dziecko przeżyło morderczą podróż dogorywającymi wehikułami, to na pewno zniknie w posępnych moczarach, bo aura nie była łaskawa i dopiero dziś pierwszy raz od prawie dwóch tygodni nie leje. błoto sięga nielicznym klientom po pas, ich dzieci bulgoczą spod bagnistej powierzchni, że chcą do domu, na internet, na kebaba, na pizzę. bo napoju w foliowym woreczku nie rozumieją, bo zrozumieć nie mogą. tak samo, jak całej reszty. sądząc po natężeniu ruchu pracownicy miasteczka opuszczą je pod osłoną nocy i zbiegną w poszukiwaniu lepszego losu. a moloch będzie nam rdzewiał, rozbierany metodycznie przez aludziadów. amen.
poniedziałek, 20 czerwca 2011
POLSKA JĘZYK - TRUDNA JĘZYK
kiedyś strasznie się oburzyłem, gdy w wywiadzie z wokalistką zespołu guano apes przeczytałem, że śpiewa ona po angielsku tylko dlatego, że bardzo łatwo napisać w tym języku tekst i tak naprawdę małe ma znaczenie o czym się wtedy pisze. pamiętam, że od tamtej pory zespół ten przestał dla mnie istnieć (choć wcześniej też go nie słuchałem). kpiłem z nich, żarty stroiłem sobie, poniżałem i lżyłem przy każdej okazji. po latach mój stosunek do nich nie uległ zmianie, ale zgadzam się z panią wokalistką, że jeżeli wers "burn the witches, magick holocaust", okraszony odpowiednią dawką czadu raczej się broni, to już "spal czarownice, magiczny holokaust" powoduje wypieki żenady na całym ciele. być może dlatego, że angielski nie jest moim ojczystym językiem, całkiem możliwe, że dla osoby anglojęzycznej będzie to równie bełkotliwe. możliwe jednak, że niekoniecznie. faktem jest natomiast, że trudno jest napisać dobry tekst piosenki po polsku. zbyt wielu próbuje. ostatnio moja żona prawie spowodowała poważną drogową kolizję na kilkadziesiąt aut przez jednego takiego, co to próbował i spierdolił. uwaga, ratuj się kto może, cytuję pierwszą zwrotkę: "Do mojej duszy wielki marsz to idą tępe hordy. W uniesieniu z sinej wiary chcą skonstruować stos. Podjazdowo szczują mnie robakami z brody. Namoczeni w dobrej wierze, idą naprawiać świat." zabijta mnie, nie wiem o co chodzi. szczególnie intrygują mnie "robaki z brody", moja wyobraźnia pozostaje wobec nich praktycznie bezsilna. może się oczywiście okazać, że za pół wieku pana autora tekstu okrzykną geniuszem, ale przypuszczam, że wątpię. zwrotka druga też nie bierze jeńców: "Wokół małej kropki znów wyrżnijmy wielkie koło, tak by do ostatniej chwili na oślep szukać jej. W dobrej wierze grożą mi ekumeniczną różdżką. W tępej duszy cwany plan, że można jeszcze raz." ekumeniczna różdżka bije wszystko na głowę, łącznie z "większym puklerzem króla bobołaków" z heroes of might and magic. toż to jakiś mityczny artefakt musi być. co jest małą kropką, wokół której mamy wyrżnąć wielkie koło, by na oślep szukać jej (kogo? czego? tej kropki? po co?) nie podejmuję się zgadywać. zauważyć też można w tym momencie, że zasób słów autora jest duży ("ekumeniczna różdżka" for the win!) ale tylko pozornie, bo znowu coś jest "tępe" i znowu ktoś coś "w dobrej wierze". a któż popełnił to klasyczne dzieło? zespół ocean. niedawno opuścił ich szeregi michał grymuza. nie dziwię się. ktoś, kto brał udział w nagraniu "triodante" armii, nie mógł pozostać obojętny wobec tak karkołomnej ekwilibrystyki słownej. na koniec zostawiłem refren, bo mi pięknie koresponduje z puentą, którą zaserwowała moja żona, gdy już opanowała sytuację na drodze. a refrenik, mocno chwytliwy, idzie tak: "Wierzę mocnej niż wy lecz w przeciwnym kierunku i... pluję dalej niż wy, przynajmniej w piekle nie będę, Wierze mocnej niż wy lecz w przeciwnym kierunku i... pluję dalej niż wy przynajmniej w piekle nie będę sam, w piekle nie będę sam. w piekle nie będę sam. w piekle nie będę sam." oj, nie będziesz, panie autorze macieju, sam w piekle. spotkasz tam na pewno gosię andrzejewicz i ich troje. spotkasz comę i totentanz. dane ci będzie bulgotać w garze smoły z małą chinką czikuczikulinką kają paschalską i z anią jurksztowicz. lista jest długa i przerażająca, ale przynajmniej nie będziesz sam. to pewne, jak statki na niebie.
wtorek, 07 czerwca 2011
PRZYJEMNE Z POŻYTECZNYM
nie każdy ma w pracy tak, że rano patrzy sobie na modelki, a wieczorem janusz gajos czyta mu wiersze jacka cygana, co nie? ja tak mam i powinienem się chyba cieszyć. gdybym napierdalał młotkiem w fabryce raczej nie chciałoby mi się chadzać na imprezy typu wieczorek poetycki. nie oszukujmy się, gdybym był prezesem świata, też pewnie na takie wieczorki nie miałbym najmniejszej ochoty. cóż więc z tego, że przymusowo - ukulturalniam się zawodowo! a modelki takie to na przykład nakarmić człowieka potrafią. bo oto zamówiony miały lanczyk, ale jak tu jeść, gdy waży się dwadzieścia kilo i po spałaszowaniu listka sałaty biegnie się do kibla, by zainstalować sobie dłoń po łokieć w gardzieli? no raczej się nie da, więc wtedy przychodzę ja i nakładam sobie te wszystkie mikro porcyjki na talerz i wpieprzam nie przejmując się linią. dyndanie, niczym orangutan, ze scenicznych rusztowań, plus noszenie kanap/krzeseł/stołów/podestów/konstrukcji/sprzętu zapewnia mi sylwetkę greckiego boga. ok, bożka. no dobra, ćwierć-herosa. zmierzam do tego jedynie, że jak się mocno skupię, to jestem w stanie dostrzec plusy mojej średnio fajnej roboty. karmi ducha darmowo i równie darmowo dba o ciało nie tucząc, a budując muskuły i fizyczną tężyznę. kto tak ma??? no kto?!?!?
środa, 25 maja 2011
PRACA - KRATA ORAZ WYZWALAJĄCY POZYTYWNE EMOCJE GLOBALNY KONFLIKT
w dwa tygodnie przepracowałem miesiąc. czuję się świetnie. tak, jakby mnie ktoś pożarł i wysrał. jak pudzian po pięćdziesięcio kilometrowym spacerze farmera. od dźwigania mam ręce jak orangutan, mam przepalone obwody od kombinowania jaką przejściówkę zaaplikować tej przejściówce, która wchodzi do przejściówki za przejściówką. bo nie można kupić kompletu potrzebnych kabli. ale mam też na koncie sukcesy. otóż nagrałem z powodzeniem konferencję jakichś studenciaków (sygnał szedł właśnie przez mile morskie przejściówek), wykonałem kilka realizacji dźwięku, które - oceniając po używanym przeze mnie do tego celu sprzęcie - wyszły cudownie. nie byłbym jednak sobą, gdybym skupił się na pozytywach. konferencja studencka. sraczka dwudniowa, wszyscy organizatorzy biegają jak owady, nie wiedzą co się dzieje, a przecież pełen profesjonalizm, zagraniczni goście, sraty pierdaty. sześćdziesięcioro wolontariuszy do wysługiwania się, a te cioty panikują. zero szacunku z mojej strony. koniec pierwszego dnia. zazwyczaj w takich momentach organizator mówi: "a tera zapraszamy do baru, czem chata bogata, jedzta, a głównie to pijta i jutro widzimy się około południa". ale to przecież studenci-aktywiści, więc komunikat brzmiał: "a teraz zapraszamy państwa na pokaz eksperymentów fizycznych, gdzie zobaczycie cuda, cudeńka". oniemiałem, bo zamiast czystego alkoholu te patałachy kupiły sześćdziesięcio litrową beczkę ciekłego azotu, żeby pokazywać sztuczki z zamrażaniem kwiatków, pompowaniem balonów i strzelaniem z nich. jeden koleś nawet zjadł z tym azotem kanapkę. drugiego dnia już go nie widziałem. pewnie poparzył sobie interior ryja i pił w domu zupę przez słomkę. i niby takie mądre te studenty panie, z tymi azotami, z tymi wybuchami i palnikami, a plakaty przykleiły taśmą malarską. oglądałem też, przecierając oczy ze zdumienia, "galę" poświęconą wytłaczarkom do napisów. goście mieli zapewnione drinki i jedzenie za friko, a na koniec pokaz pascala brodnickiego, który im ugotował trzydaniową kolację. ludzi przyszło jakieś piętnaście sztuk, bo pogoda na zewnątrz zabraniała siedzieć w zimnych katakumbach. nawiasem mówiąc, pascal brodnicki, to ze sław, z którymi dane mi było obcować zawodowo, zdecydowanie najprzyjemniejszy koleś. fajkę zapali, bimbru się napije, pokurwi na organizatorów imprez, da podpisany fartuch dziewczynie i tak dalej. do rany przyłóż. tak czy inaczej wytłaczarki do napisów miały zmienić tego wieczora nasz kraj, pani prowadząca, wycięta żywcem z tajnego zebrania amwaya, dwoiła się i troiła w byciu nienaturalną śliską flądrą, ale nic to nie dało. najbardziej zainteresowanymi osobami na sali okazaliśmy się być ja i mój kolega. po części oficjalnej dorwaliśmy się do tych drukarek i wytłaczarek i nadrukowaliśmy sobie tonę nalepek z wulgarnymi rymowankami, które rozklejaliśmy potem przez trzy dni w mało odpowiednich do tego miejscach. straciwszy ostatecznie wiarę w człowieka wracałem po tych dwóch tygodniach do domu zatłoczonym, palącym się niemal z gorąca autobusem. ludzie odsuwali się ode mnie, bo byłem dość umorusany, miałem minę, jakbym zabijał na śniadanie a gwałcił na podwieczorek. krótko mówiąc prezentowałem się dość mizernie. na moim podwórku czekała na mnie jednak spora niespodzianka. otóż w dwudziestym pierwszym wieku, erze cyfryzacji i tycia przed monitorem komputera dzieciaki z mojego bloku bawiły się w wojnę. w wojnę analogową normalnie! no, może nie do końca, bo celowniki do karabinów robiły sobie z komórek z odpalonym aparatem, ale zawsze! podbudowany pierwszy raz w życiu konfliktem zbrojnym osunąłem się w odpoczynek i tak trwam.
środa, 18 maja 2011
FRYDERYKI 2011
byłem ci ja na rozdaniu fryderyków. gwiazdy chodzą po czerwonym dywanie, który tak naprawdę jest wykładziną remontową po 5,99 za metr. "dziennikarze" robią wywiady ze sobą nawzajem, bo faktycznie bardziej z mordy kojarzę mongoła od szymona majewskiego niż dziewczyny z dagadany. ale to tylko dlatego, że w telewizji nie puszcza się nie tyle ambitnej, co żadnej muzyki. martini wystawiło swoje stoisko z darmowymi kropelkami cudownego nektaru, więc tłuszcza napiera z całych sił. wszyscy odpierdoleni na tip top, wszyscy właśnie wysiedli z zajebistych bryk i pędzą po darmowe 13ml martini rosso, no ja jebię, doprawdy! błyski fleszy oślepiają, krzyczący paparazzi ogłuszają: "moniiikaaa popatrz w leeeewoooooooo!!!! a tera w prawoooooo!". gwiazdy posłusznie kręcą głowami dookoła, kucają, robią pompki, stają na rękach pod ścianką reklamową nie wiedząc, że to nie jest solidny beton, tylko aluminiowa konstrukcja, która obliczona jest na stanie przez piętnaście minut, a potem wali się w gruzy. skoksowany prezenter nieznanej mi stacji strasznie się zestresował, bo ma jakieś dwadzieścia lat, odpicował się w garniak i kapelusik, ale dostał też serii tików nerwowych okolic twarzy. strzelił w minutę więcej zdjęć oczkami niż wszyscy paparazzi, którzy oszczędzają film, bo może maleńczuk się najebie i będzie walczył z żulami ze szmulek na gołe klaty. nic z tego. podano żarełko, wszyscy cmokają, oblizują wargi z lubością, bo nie wiedzą. nie wiedzą, że jedzonko to pyszne przygotował niejaki rysio, kucharz o aparycji mocno podejrzanej, z licznymi brakami w uzębieniu, który to rysio lubi sobie oblizywać paluszki przy układaniu jedzenia na talerzach. lubi przewracać tymi paluszkami jedzonko na patelni, i znowu oblizać. i tak w kółko. jesz i wiesz, że tak naprawdę całowałeś się z uroczym rysiem. bon appetit polski przemyśle muzyczny! ta impreza to kara za takie kwiaty, jak fryderyk dla męskiego grania w kategorii muzyki alternatywnej. za kurioza typu fryderyk w kategorii piosenka roku dla acid drinkers za spierdolenie ponadczasowego hitu b-52's. i tak to w polsce jest. piosenką roku 2010 zostaje kawałek sprzed dwudziestu dwóch lat. kurtyna.
niedziela, 08 maja 2011
ŚLUB
osiem dni, a opowieści na długie zimowe wieczory przez wiele lat. najpierw wspominany już koncert electric wizard. podróż cudowna, podróż niezwykła. tlk i bilet podróżnika kontra podróż z kibicami jagiellonii, podróż szaleńcza, podróż praktycznie w ogóle nie opóźniona, bo co to jest te pół godzinki? to przecież zaledwie dwadzieścia dziewięć i pół minuty więcej niż średnie roczne opóźnienie pociągu japońskiego. tyle co nic. w drodze na koncert przygód brak. jechaliśmy w wesołym przedziale ze starszymi państwem sztuk cztery, z czego jeden dziadoszek po ruszeniu pociągu odszpuntował piweczko i tak leciał do samego wrocławia. my, niczem pensjonarki, nieśmiało sączyliśmy drinki od jacusia daniela. nie ma co opowiadać koncertu. kto lubi klimaty a nie był - ma czego żałować. i tyle. ok, muszę napisać, że była masakraaaaaa! a scena w firleju to jakieś kuriozum, wydaje się być usytuowana niżej niż miejsce dla publiczności. kto miał mniej niż trzy metry wzrostu mógł niczego nie zobaczyć. na szczęście mam trzy dwadzieścia i raz nawet widziałem pałeczkę perkusisty. wrocław odebrałem tak se. nigdy wcześniej stopa ma nie dotknęła wrocławskiej gleby, oglądałem to miasto zza szyby samochodu ze dwa razy może. teraz coś tam pochodziłem od dworca wkoło starego miasta. bez przesady, bo nie było ani czasu, ani siły. zapewne z odpowiednim przewodnikiem skapnęłoby mi z tego szlajania się więcej. jedno jednak trzeba podkreślić - barówy prezentują poziom światowy. dobijaliśmy się w "niebie" i było zawodowo. nie wiem, czy codziennie ludki tam tańcują na barze w rytmy sympatyczne typu iggy pop und pokrewne, ale wtedy tańcowały, piwsko się lało, strumień jego łączył się z kaskadami potu spływającego po ścianach, a wszystek był zadowolony i na mordzie uśmiechnięty. tak, jak na normalnym świecie to bywa. potem drałowanie na stacyjkę w stanie dość umiętym. odnaleźliśmy peron i biegniemy do wagonu, gdy wtem drogę zastępują mi policmajstrzy sztuk dwie. wychudzone, blade na ryjku, oczka podkrążone, przekrwione - dobra wróżba to nie była. zaczęło się udowadnianie, kto jest szefuńkiem, a kto śmieciuńkiem, który dopuścił się zbrodni palenia tytoniu w miejscu niedozwolonym. gdy grzecznie spytałem, czy panowie jaja sobie robią, jeden z panów powiedział beznamiętnie, że czuje ode mnie woń alkoholu i mógłby mnie z dziką rozkoszą zaprosić na małe tete a tete na dołeczek, gdzie opowiedzielibyśmy sobie o sobie. grzecznie podziękowałem, gdyż pan był niemiły, dodatkowo nie wyglądał na fana electric wizard, więc to, co o sobie mógłby mi opowiedzieć raczej by mnie nie zainteresowało. wysłuchałem kilku mądrości, szkoda że nie miałem notesu, mądre rzeczy tak szybko ulatują w stratosferę, a potem pozwolono mi łaskawie oddalić się do wagonu. gdy ruszaliśmy z peronu, jeden z towarzyszy podróży, ku ogólnej panice, zaczął lżyć policmajstrów przez okno nie przebierając w słowach i gestach. spociliśmy się ostatni raz tej nocy, po czym zapadliśmy w sen twardy jako diament najprawdziwszy. warszawa powitała nas bez entuzjazmu - deszczem i solą w oczy. nastąpiło właśnie spektakularne załamanie pogody, które zwiastowało cudowną majówkę w mym rodzinnym podlaskim miasteczku. tam, z przyszłą wtedy jeszcze żoną, spędziliśmy dni kilka kisząc się w domu, bo pizgawica i deszcze mówiły wprost, że nasze wiosenne łaszki nie mają z nimi żadnych szans. paśliśmy się w domu mym rodzinnym, jak tuczne gąski, trzy razy dziennie, bardzo metodycznie, skrupulatnie przestrzegając pór wydawania posiłków. grubsi ruszyliśmy do lublina by dopinać swą malutką cywilną ceremonię połączoną z obiadem dla najbliższych. zdechłbym z wycieńczenia, gdybyśmy mieli huczne weselisko, to pewne. tu niby nic takiego, a jebitwa była przeokrutna. nadszedł dzień próby, aura potraktowała nas po królewsku - tak jak u williama i kate przestało lać, wyszło słońce i ociepliło się na tyle, że można było bez żenady pocinać w samym garniaku nie szczękając szkliwem. ceremoniał krótki acz treściwy. w dziewięciu minutach zawarto esencję wszystkich kościelnych kazań. szanujta się, kochajta, wspierajta i jakoś to przetrzymata do emerytury. wszystko na bardzo serio i z powagą, więc uroczyście. potem do podpisu, fingle na paluszki i o. zostałem mężem. nawet krakowiaki z "misia" nie wyleciały, tymbardziej żadnych fanfar ni czegokolwiek. przyjąłem to na klatę, jak gladiator. żona powtarzając za panem kierownikiem urzędu zapomniała, jak się nazywam, a ja bez potknięcia, bez błędu, bez pudła. i bez zająknięcia! no... potem obiad dla rodziny. bardzo sympatycznie, jedzenie bardzo dobre, wszystko tanio i w przemiłych okolicznościach przyrody, czyli w dawnej siedzibie komendanta obozu na majdanku. lepiej bym tego nie wymyślił! jedzenia została cała furmanka, więc załadowaliśmy, zaprzęgliśmy siwka i jedzonko na party młodzieżowe przytargaliśmy. party młodzieżowe jeńców już nie brało. alkohole, papierosy, zimne soki i erosy. dawno nie widziani znajomi, śledzie, browar do oporu - ładnie się bawiliśmy. o trzeciej dotarliśmy do domu, nasłałem policję na sąsiada, który puszczał całą noc vivaldiego na cały regulator, a następnie prąd został mi odłączony i więcej grzechów nie pamiętam. obudziłem się w małżeństwie i tak trwam do dziś!
piątek, 29 kwietnia 2011
ŁABĘDZI ŚPIEW
już jutro, z samego rana ruszam nach breslau, by uczestniczyć w czarnych mszach, piciu krwi, deflorowaniu dziewic przywiazanych do marmurowych ołtarzy, a jak będę miał humor to być może przywołam jakiegoś demona. tak by to widział proboszcz mej rodzimej parafii. w tajemnicy mogę wam jednak powiedzieć, że tak naprawdę jadę wielbić tuzów gatunku zwanego stoner-doom, czyli electric wizard. jako że za tydzień zmieniam stan skupienia, wyjazd ten poczytuję sobie jako łabędzi śpiew kawalerskiego życia. koledzy zapowiedzieli, że zrobią mi "dobę kawalerską". cóż z tego, że będzie się działa głównie w najbardziej znienawidzonym przeze mnie środku lokomocji (czyt. pociągu). jutro będziemy lżyć butnych konduktorów, opryskliwych sokistów, baby kładące śmierdzące stopy na siedzenia, żołnierzy wracających z przepustki, rodziny z dziećmi puszczającymi disco polo z jamnika, baby z psami na kolanach, siostry zakonne z metrem cegieł w torbie i tak dalej, i tak dalej. krótko mówiąc nie ma bata na mariolę, żeby mi ktoś/coś tę podróż popsuło. idę więc się pakować, robić kanapki i napełniać termos bigosem. adieu.
czwartek, 21 kwietnia 2011
HWDPKP
kiedy oderwany przez drzwi zatrzask w kieszeni kurtki upadając na chodnik wydał brzęk zdający się wołać: "nie wsiadaj dziś do pociągu, nie podróżuj już nigdy pkp!!!" zignorowałem to mętne proroctwo. a potem spadł na mnie armageddon, plagi i klątwy wszelakie. z początku cisza. pociąg wtoczył się na peron o czasie. ludzi w chuj, ptaków śpiew. przedziały zapchane. korytarze zapchane. kible też zapchane, ale to akurat żadna nowość. w końcu to pociąg do moskwy, a wiadomo nie od dziś, że to co na wschód to sroce spod ogona, a tylko to co na zachód po sztabami złotemi wybrukowanej alei sunąć będzie. stoję więc w korytarzu, a pociąg stoi na peronie. i stoi. i stoi. i stoi. niczem kutas wzwiedziony stoi nieubłaganie i buńczucznie. oto po czterdziestu minutach okazuje się, że wschód musi znowu ustąpić zachodowi i czekamy ze startem na finisz pociągu z berlina. czapki z głów, wszyscy hajlujemy, dojczland, dojczland iber ales. gdy już plota po wagonie poszła, z pierdzącego głośniczka w przedziale pan wystękał, że "chuj wam w dupę frajerzyny bez samochodów, mamy kurewskie opóźnienie i możecie nas cmoknąć w pompkę, a opóźnienie co najwyżej ulegnie zmianie". wiadomo, że jeśli kolejarz mówi "ulec zmianie" ma na myśli: "śmierć, zniszczenie, zagłada". po godzinie upojnego stania w miejscu, jak ten koł, ruszyliśmy. moje senne marzenia o tym, że osobowy w siedlcach zaczeka na priorytetowy pośpieszny okazały się nazbyt odważne, wręcz bezczelne, a tym samym skazane na wyśmianie i zapomnienie. ukułem na prędce teorię, jakoby moja skromna osoba obniżała priorytet środków lokomocji. nieważne, czy to przyśpieszony, pośpieszny, express, czy międzygalaktyczny prom o napędzie nadświetlnym - moja obecność bezsprzecznie sprawia, że prędzej przejedzie parowa ciuchcia z węglarką, niż wehikuł w którym się aktualnie znajduję. no ale przecież jedziemy. z przedziału wychodzi chłopiec lat mało i wciska się między mnie a wielką walizę pozostawioną na korytarzu przez pewną panią. młodzian zaczyna pełznąć po szybie do wiatru, do świata, do pędu, spychając mnie w czeluście korytarza. jednocześnie wykazuje absolutny brak poszanowania dla jedynej mojej własności, czyli plecaka z zaplątaną wokół byle jak kurtką zbyt zimową by nosić ją stale i na tyle letnią, by wieczorami za nią tęsknić. chrząkam w stronę szczawia, który z namaszczeniem wciera w swe dłonie wszystkie okienne brudy, sadze, smary i pyły, korzystając z chwili nieuwagi swej ciężarnej matki. szczaw nie reaguje, poza tym cały czas depcze moją kurtkę, czym sprawia, że w żyłach mych buzuje krwawa magma. gdy wicie się i wiercenie kurdupla jest nie do zniesienia ratuje mnie wspomniana waliza, która pod wpływem nerwowych ruchów młodzieńca obala się do wnętrza przedziału niemal mordując ciężarną matkę. matka podnosi raban i przywołuje szczawia do przedziału. ten niechętny pomysłowi staje w drzwiach, ale wtedy ja, niby pod wpływem nagłego hamowania składu, wpycham go zadnią mą częścią do przedziału. tak epizod ten kończy się szczęśliwie. w siedlcach nikt nie czeka. czekać więc muszę ja. kolejną godzinkę. pociąg podstawiony jest o czasie, a potem historia się powtarza. czekamy na pociąg pośpieszny od strony zachodniej. mija kolejne dwadzieścia minut, a ja przeklinam wszystkich kolejarzy polskich. wróżę, że już niedługo nośny skrót będzie brzmiał "hwdk", a nie "hwdp", bo większym obciachem będzie pracować na kolei niż pałować emerytów. wieszczę wam to psie syny! a potem już podlasie, a tu nic nie wkurwia. tu wasz pociąg może czekać nawet godzinę, bo kogo będzie wiózł, jak nie was? tutaj sens pociągu jest prosty, jak u zarania - pusty nie jadę. konduktor miło się wita, kasuje bilet z werwą, chce niemal pogłaskać po głowie i spytać: "co, z warszawy jedziemy? sześć godzinek zamiast trzech? już, już, ciiiii, aaa, kotki dwa". i tak ukojony dojeżdżam, bezsilny i wycieńczony, ale spokojny. amen.
niedziela, 17 kwietnia 2011
SUIT UP! IT IS GONNA BE LEGENDARY!!!
nie wierzyłem, póki sam nie sprawdziłem. jest, jak mówi tytuł notki. to wszystko prawda! naprawdę! kupiłem garnitur w piątek. dzisiaj poszedłem dokupić buty. wew garniaku rzeczonym... wchodzę do sklepu. cichnie muzyka. ludzie zaczynają zwalniać wbrew własnej woli. ekspedientki mierzą mnie wzrokiem. podchodzę do kontuaru i rzucam niedbale, że byłem tu przed tygodniem i wybrałem sobie obuwie, ale z powodu zmiany wystawy nie jestem teraz w stanie przypomnieć sobie o jaki model chodzi i czy mogłaby mi pani pomóc znaleźć moje wymarzone kamasze silwuple? pani ekspedientka kiwa ochoczo głową, choć nawet jednego znaku szczególnego nie zdążyłem podać. pani mówi, że nieważne, że zaraz znajdzie, za chwilunię. ja w międzyczasie przypominam sobie znak szczególny, początek numeru modelu, a potem nawet znajduję sam model. pani wychodzi z zaplecza, gotowa przepraszać mnie na kolanach, a ja mówię, że sobie przypomniałem i że takie o poproszę zapakować. pani rozpływa się w komplementowaniu mej wspaniałej pamięci i perfekcyjnego gustu. suit kurwa up. potem w sklepie spożywczym czuję się, jak olivier janiak na zakupach. ludzie patrzą, jakie bułki pakuję. z rozdziawioną gębą jakaś paniuńcia lampi się, jak ładuję parówki do koszyka. dysonans "zajebisty garnitur - parówki" zdaje się być nie do przetrawienia. zmierzam do kasy. pani od promocji martini podnosi się z kucków i staje na baczność, gdy ją mijam, a także mówi do mnie "dzień dobry" z przejęciem. odpowiadam łaskawie i płacę za moje dysonansonośne zakupy. na koniec w aptece kobieta w ciąży ustępuje mi miejsca w kolejce i pyta, czy nie wpadłbym co jakiś czas poudawać tatusia, wojenny inwalida przypina mi do klapy swój najcenniejszy order, a w radiu prezydent przerywa program, by serdecznie mi pogratulować zajebistości. ja rozumiem, suit up i tak dalej, ale... no ja pierdolę! nie podejrzewałem, że to aż tak działa.
piątek, 08 kwietnia 2011
WSZYSTKIEŚCIE ARTYSTY SĄ CHROMOLONE. PRZEZE MNIE.
wielu rodzajami artystów gardzę. dobrymi muzykami - bo często są chujowymi ludźmi. na szczęście chodzi mi tylko o ich twórczosć - przyjaźnić mogę się z tymi gorszymi w rzemiośle. śmieszą mnie nawiedzeni pisarze/poeci, wypełnieni lekkim gazem aktorzy, oraz aktorzy całkiem puści w środku. ostatnio do grupy dołączyli fotograficy małego formatu. ale się niefortunnie napisało, co nie? siedzę na dupie w określonym miejscu tylko po to, by patrzeć, jak artyści-fotograficy będą wieszać swoje cudne dzieła. spać mi się chce, bo jestem na nogach od szóstej, po niespełna czterogodzinnym śnie (taka praca, nic nie mówię przecież...). najpierw miałem trzy rundy z paniami, które próbowały wtykać kabel vga do góry nogami, bo "jaka to różnica???", a potem dziwiły się, że "to się nie chce wyświetlać". lepszy od tego jest tylko klasyk ze szkolenia komputerowego dla sekretarek analogowych: - proszę pana, bo mi się nie wyświetla... - a w co pani weszła? - w enter! a potem przyszli panowie artystowie. sztuk cztery. dość młodzi, fizycznie całkowicie sprawni. pomyślałem, że pewnie będą na dwóch salach wieszać tysiąc pięćset obrazków. a tu się okazuje, że nie, bo tylko na jednej sali i tylko pięćdziesiąt. zaraz, zaraz. to po kiego wała was tu tylu panowie? po czterech godzinach mordęgi z tymi mułami wyjaśniło się dlaczego. otóż jeden pan artysta-fotografik-małoformatowy przez te cztery godziny zajmował się wieszaniem swoich sześciu epokowych arcydzieł. każde z nich miało jakieś osiem na cztery centymetry i, by cokolwiek na nich dostrzec, musiałbym podejść na odległość własnego nosa. tak blisko ze sztuką nie jestem. zwłaszcza taką odmiany szaro-buro-brązowej. koleś stawał pod różnymi kątami, w różnych odległościach, cmokał z dezaprobatą dla własnej niemożności znalezienia złotego środka. muskał te ramki, pieścił je niemal, stękał z nadludzkiego wysiłku, pocił się i łkał cichutko, gdy jeden z drugim obrazki nie chciały prosto wisieć. dorosły chłop, a tak się z tym cackał, jakby spodziewał się sprzedać choć pół jednego zdjęcia za tryliard kosmodolców. prawda jest taka, że w ciągu trwania wystawy będziemy te jego mikre foteczki dwadzieścia razy zdejmować i wieszać z powrotem i to wcale nie koniecznie na miejsce. krótko mówiąc bezsensowna robota. tym bardziej męczyłem się, patrząc na tego pajaca. drugi pan z kolei był od "kwestii kompozycyjnych", że tak to ujmę. są na świecie wariaty, co to potrafią smak wina opisać takimi słowami, że w pale się nie mieści, a nasz pan artysta tak właśnie opisywał wystawę. gdy przy wejściu powiesił zdjęcie w tonacji jasno-szaroburej oświadczył, że dzięki temu cała wystawa się uspokaja, "czujecie to?". ja czułem narastające wkurwienie połączone z mrowieniem prawicy, która rwała się by szanownemu panu artyście przypierdolić w ryja. następnie pan zawiesił w miejsce jasno-szaroburego maziaja maziaj ciemno-szarobury i oznajmił wszem i wobec: "nie, nie, nie. to zdecydowanie zbyt brutalny początek, zbyt dynamiczny i przytłaczający". zemdliło mnie i chciałem kręcić syreną wzywającą wszystkich na całym świecie do walki z fotografikami. dwaj pozostali panowie ograniczyli się do wieszania prac. mimo, że na wstępie orzekli, że się "nie obcyndalają", to tempo mieli mocno żółwie. patrzyłem na to wszystko z dezaprobatą i liczyłem w pamięci ile pieniędzy przeszło mi koło nosa tylko dlatego, że pracuję wydajniej od tych patałachów. gdy już ostatnia krew mnie zalała i wyrwałem sobie z głowy wszystkie włosy, artyści powiedzieli, że oto przyszedł koniec ich pracy wystawienniczej. rozejrzałem się dokoła. wzruszyłem ramionami. nic nie było prosto, nic nie było na tej samej wysokości, zewsząd sterczały luźne linki. naraz stwierdziłem w duchu przerażony, że też jestem artystą. artystą od wieszania prac.
środa, 30 marca 2011
ZNÓW POWRÓCIŁAS STARA RURO
pora zrzucać pancerze. rozplątywać się z szalików, wzuwać trampeczki, zrzucać czapeczki. pora w miacho ruszać pogwizdując słodko. wietrzą nam tramwaje, wietrzą autobusy. czuć tę panią wszędzie, gdzie się tylko ruszyć. nadmiar pracy - nie wkurwia. brak pracy - mniej wkurwia. "mija moda na psychozę - wraca równowaga" za rzeszowskimi klasykami dosłownie. widać coś na podobieństwo światła w czymś na podobieństwo tunelu. rok ziemski tak chytrze zaplanowany jest, żeby ostatkiem sił docierać z zimy do wiosny. czniam wszystkich cziterów, którzy fundują sobie miesięczne urlopy w ciepłych krajach w środku polskiego zimowego koszmaru. nie zasłużyli bowiem na miejsce w wiosennym królestwie i pokarani będą deszczem na urlopie letnim. skarceni będą poparzeniami słonecznymi mimo burz, sztormów i gradobicia. zapłacą krocie za wczasy w juracie, nie znajdą miejsca na swój ręczniczek pośród innych plażowiczów, a po powrocie do pracy trafią na największe upały i awarię klimatyzatorów. amen. chcieliście słoneczka to będziecie mieli. a wszyscy inni niech beztrosko cieszą się z wiosenki. niech wdychają resztki miazmatów przez psie kupy wydychanych. niech nie zważają na lotne piaski chodnikowe, pozostałe po antypoślizgowych zmaganiach zimowych. niech okiem trzecim wpatrują się w mające wybuchnąć lada chwila pąki liści, kluczy ptactwa niech wyglądają, uchem czwartym niech jego śpiew chłoną bez wyrzutów sumienia. tymczasem trampeczki wzute, kurteczka wiosenna gotowa. ruszam do roboty ze śpiewem na ustach, jako rasowy proletariusz!
wtorek, 29 marca 2011
SŁAWA I PROZAK ŻYCIA
nie wiem jakie kryteria przyświecają gazecie.pl przy wrzucaniu konkretnych blogów na swoją stronę główną, ale wczoraj mi się to przydarzyło. oczywiście zauważyłem to dopiero, gdy moja sława już zgniła, zmarniała i przeminęła. w sumie, jeśli sięgnąć pamięcią w zamierzchłe czasy, to nie pierwszy raz byłem przez gazetę namaszczony. jakoś zaraz po rozpoczęciu tego zeszyciku, gdy blox się dopiero zaczynał też wyciągnięto mnie na stronę główną. byłem nawet 42. w wyścigu "mam najpopularniejszego bloga na portalu i nie bardzo wiem co ma z tego wynikać". że co? zamieszczę reklamy prostamolu uno, albo zupek knorra, wy będzieta klikać, a ja będę leżał w pokoju i drzemał w takt brzęku monet zasilających moje konto? jakoś tego nie widzę. może dlatego, że nigdy nie kliknąłem w żadną reklamę. ale to ja, ludzie mówią, że jestem dziwny. wracając na ziemię, nawet w fizycznej pracy nie uciekniesz przed biurowymi intrygami, o nie. o tyle gorzej jest teraz, że jako proletariat uciśniony w ewntualnych sporach prawa głosu nikt mi nie udzieli. będąc jaśnie panem kierownikiem sam mogłem kreować burze w szklance wody, kierując się zasadą divide et impera. teraz, niczem pionem po szachownicy, chcą mną szurać ubłoceni gównem szlachetkowie. my, proletarjat, nie dajemy się i stoimy twardo, niczem monolit między władzą a biedą. zobaczymy do kiedy. atmosfera jest gęsta i lepka, zakres obowiązków niejasny i zadymiony, pensja licha a przyszłość żadna. myślę więc sobie: "co mi tu będziecie wszystkie pierdolić?" i już mam walić ręką w stół, ale... wypłynęliśmy z moją duszką na nieznane wody poszukiwania mieszkania/legalizacji konkubinatu/brania kredytu, więc bez nerwowych ruchów, powoly i może, ale tylko może, nie skończę w domu wariatów. krew zalewa mnie średnio raz na godzinę. chcę krzyczeć, chcę ryczeć, chcę mordować - parafrazując częstochowskiego klasyka. tak więc proszę trzymać kciuki za moje i konkubiny zdrowie psychiczne, za kredyty, małżeństwa i rynek nieruchomości. bueee.
piątek, 25 marca 2011
PRZEKRÓJ VS. GOOGLE VS. POODLE
po wczorajszych bojach mózg mocno zlasowany. najpierw byłem świadkiem
"zamykania contentu elektronicznego" dokonanego przez tygodnik przekrój.
zasób słownictwa maleje chyba wprost proporcjonalnie do zasobności
portfela. "będziemy się teraz mocniej fokusować na kontencie blablabla".
dragon biznesu jechał branżówą od przed-śniadania.
dział marketingu zawsze bardzo się spina, żeby wszystko było dobrze. nieważne jakiej firmy to dział, bo wszystkie są identyczne stuprocentowo. jak kot z pęcherzem ganiają z "rolapami", "standami", "ściankami" (bywa, że z "łolami"), trzeba im zaświecić "ledy", widzieć "bigpikczer", "wyfokusować bigskrin". żeby takie kwiaty usłyszeć kiedyś jeździło się do rodziny w szykago. w każdym razie, im bardziej dział marketingu dupę spina, tym śmieszniej jest, gdy coś pójdzie nie tak. wczoraj taki dialog był: - miłoszu, dlaczego ta kostka nie wchodzi płynnie? - co mam ci powiedzieć? mamy techniczne problemy! - miłosz, teraz kostka powinna wejść i się kręcić! - robert, nie denerwuj mnie, przecież ja ten scenariusz pisałem! głosy ze sceny: - gdzie jest kostka?!? kostka ma się teraz kręcić!!! - kurwa robert! ja pierdolę!!! nie.. bo.. kurwww, ja zarazz!!! nie rozumiesz!!! sześciu dorosłych chłopów zacięło się na animowanej kostce, która miała pojawić się na ekranie jakieś pięć razy na dwie i pół sekundy. jeden wybuchł, dwóch się sfrustrowało, czwarty wydoił siedem kieliszków wina z tego powodu, a dwóch pozostałych nie odezwało się do końca dnia. kiedy już skończyła się bratobójcza próba generalna, wszystko poszło jak z płatka. jedna tylko refleksja: gdy grzegorz hajdarowicz mówi: "kupiłem przekrój", znaczy to zupełnie coś innego niż gdy mówię to ja. smutek. a potem przyszły giki z google.pl i zaczęły tak bełkotać, że usnąłem za aparaturą. oni też spuszczali się nad jakimś "kontentem", ale bardziej nad "trafikiem", "śledzeniem zdarzeń", "indeksowaniem", "dżawą" i "fleszem". odechciewa się darmowych koreczków, kanapeczek i ciepłego dania od takich atrakcji. niby takie wszystkie spece w komputerach, ale jak jednemu z drugim się filmik w prezentacji nie odpalił, to tylko wzruszyli ramionami. doszło nawet do tego, że jeden koleś tłumaczył na czym polega gra "angry birds" na androida. opowiadał, jak to "z kolegami za pomocą małych ptaszków burzyli budowle". hmmmm. wyrwało mi się nawet, że słabo to zabrzmiało, ale giki miały za mały "łeb performance", żeby skumać o co mi chodziło. a potem impreza jak to u informatyków. pięć giga facetów na dwieście kilo kobiety. w domu nastrój poprawiła mi ola, moja łączniczka ze światem szołbiznesu, czytając na pudelku wyrywki z zatrzymania we stolicy kwiatu polskiego aktorstwa, przyłapanego na spacerowaniu środkiem ulicy w stanie mocno wskazującym. jednak chujowo jest być sławnym. jak nikt cię nie zna, to ok, może cię spiszą, może zatrzymają na nockę nawet, ale dowie się o tym kilku twoich znajomych i koniec. a tutaj? kariera złamana, życie spierdolone, rodzice skreślający z listy rodzinnej. ech. pić to trzeba umić, patałachy! |
Zakładki:
To rozumiem, to uważam
Udostępnij
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||